Ads 468x60px

wtorek, 5 lutego 2013

Jakob Arjouni "Bruder Kemal" - brat Kemal czyli Philip Marlowe we Frankfurcie


Wydawnictwo: Diogenes
Data premiery: 28.08.2012
Liczba stron: 225
Cena: 19,90 euro

Kto tak dziś jeszcze pisze?... Erudycyjnie, kąśliwie, ale bez udziwnień i silenia się na bógwieco, z genialnie zawiązaną nitką narracji. Czysta, niczym niezmącona radość czytania, która pojawia się już po pierwszej przeczytanej stronie - rzadki to efekt. 

Tym bardziej żal, że ten występ prywatnego detektywa o wdzięcznym i dźwięcznym nazwisku Kayankaya będzie ostatnim. Jakob Arjouni, niemiecki pisarz, który chyba jako jedyny zdołał stworzyć postać śledczego, dorównującego legendarnemu Philipowi Marlowe, zmarł niedawno w zbyt młodym wieku. Nutka żalu towarzyszyła mi podczas lektury tej książki, która jednak nie przyćmiła autentycznej przyjemności, a nawet  krotochwili, z jaką chłonęłam opisane precyzyjnym, ciętym językiem przygody detektywa o tureckich korzeniach (choć bardziej adekwatne byłoby słowo korzonki, bowiem Kayankaya został w dziecięctwie adoptowany przez niemieckie małżeństwo i z krajem swych protoplastów, ich językiem i religią ma wspólnego bardzo, bardzo niewiele). 

Cała historia zaczyna się klasycznie - od zlecenia, jakie detektyw przyjmuje od pięknej blondynki. Ociekająca seksem heroina uprasza naszego bohatera, by odszukał jej córkę - Marieke, dziewczę inteligentne, oczytane, utalentowane i w ogóle wielce ciekawe świata i ten świat z gorliwością neofitki poznające, należy sprowadzić z powrotem na łono rodziny, skąd wyrwało się w szpony szarmanckiego i zepsutego do szpiku kości dilera narkotyków. Jednocześnie detektyw przyjmuje inne zlecenie: ma ochraniać na trwających właśnie targach książki we Frankfurcie pewnego budzącego kontrowersje pisarza marokańskiego, który popełnił był dzieło wstrząsające, obrazoburcze i mało zrozumiałe, traktujące o coming oucie muzułmanina-homoseksualisty. Literata należy ustrzec przed możliwym zamachem, tudzież innymi przykrościami ze strony oburzonych radykałów. Oba te zlecenia splotą się ze sobą w zdumiewający sposób, prowadząc do zaskakujących zwrotów akcji i cudownie kłopotliwych zderzeń kulturowych. 

I to ostatnie hasło stanowi kwintesencję prozy Arjouniego. Autor bezkompromisowo rozprawia się z mitami, stereotypami i polityczną poprawnością, narosłymi wokół problematyki wielokulturowości we współczesnym świecie zachodnim. Nie czyni tego w sposób napuszony i nadęty, bez poczucia misji czy wygrażania palcem, tylko przede wszystkim niebywale komiczny. Dawno tak nie ryczałam ze śmiechu jak podczas lektury tej książki. Ten humor, ta zjadliwość, to wyszczekanie - Boże, daj mi choć maleńkie ździebko tych przymiotów, którymi tak szczodrze obdarzyłeś detektywa Kayankayę, a w zasadzie jego twórcę, pisarza! Jakże on potrafi gasić zapalczywców, wytrącać z równowagi myślących mięśniami troglodytów, wprawiać w zakłopotanie intelektualistów i burzyć spokój drobnomieszczańskiej socjety!... A że popada przy tym w tarapaty, z których wyciąga go szczęśliwy traf, intuicja i chucpa, to tylko dodaje smaczku całej opowieści. 

Całość jest znakomicie opowiedziana, kompaktowa - ale w tym pozytywnym sensie - i niezwykle frapująca. Abstrahując od czystych walorów językowych, jest to po prostu znakomita, prosta, ale treściwa historia kryminalna z inteligentną nutą socjokrytyki. I cudownym klimatem noir - niesamowite, zważywszy na Frankfurt, Niemca i w ogóle, prawda?... Bierzcie to, drodzy wydawcy i czytelnicy, dla takich książek się żyje. 


Pierwsze zdanie: Marieke miała szesnaście lat i zgodnie ze słowami jej matki była: "bardzo utalentowana, oczytana, zaangażowana politycznie, ciekawa świata, dowcipna - po prostu wspaniała, młoda inteligentna osoba, rozumie pan?"* 
Gdzie i kiedy: Frankfurt, współcześnie 
W dwóch słowach: uszczypliwa i wysmakowana
Dla kogo: dla wielbicieli Philipa Marlowe'a i dobrej satyry
Ciepło / zimno: 88°
*tłumaczenie moje

środa, 30 stycznia 2013

Sophie Hannah "Zabójcze marzenia" czyli jak splątać poplątane


Wydawnictwo: Grüner + Jahr
Tytuł oryginału: Lasting Damage
Tłumaczenie: Piotr Kaliński
Data premiery: 2012-04-04
Liczba stron: 415
Cena: 31,90 zł

Istnieje pewien typ tak zwanych thrillerów psychologicznych, który żywi się obsesjami. Bierze się na tapetę przeciętnego bohatera (a raczej bohaterkę), z którą łatwo czytelnikowi (częściej czytelniczce) się utożsamić: zwykłą kobietę, z reguły dość wrażliwą i odrobinę rozpsychologizowaną, ale borykającą się z problemami, które mogą przytrafić się każdej: pragnienie posiadania dziecka, podejrzewanie męża o zdradę, wstydliwy skok w bok, o którym się chce zapomnieć. I konfrontuje się ją z narastającą obsesją, fiksacją na jakimś konkretnym punkcie - początkowo subtelną, graniczącą zaledwie z cieniem podejrzenia, później urastającą do jarzma opętania. Bohaterkę dręczy się odpowiednio coraz to wymyślniejszymi szykanami, wpędzając ją w obłęd, i w chwili, gdy już niemal nie ma dla niej ratunku, podsuwa się prawdziwego złoczyńcę, kogoś, kto dotychczas stał w cieniu, albo, co gorsza, udawał tylko sprzymierzeńca. I zdziera się z niego maskę zła, demaskuje okrutnika jednocześnie rehabilitując niewinną ofiarę. Fanfary. The End.

Sposób sprawdzony i niemal gwarantujący sukces, bowiem rzesze czytelniczek, uwielbiających, jak się je straszy w wyrafinowany i subtelny sposób, są nieprzebrane. Tu nie ma miejsca na wypruwanie bebechów, bryzganie krwią i toporne intrygi. Tu, proszę państwa, rządzi wysublimowane, odpowiednio stopniowane napięcie, zło zaś kryje się za maską dobrotliwości, często w osobie najbliższej. Jak tu walczyć z upiorami własnej psychiki? Z lękami i natręctwami, co do których ma wątpliwości sama zalękniona i udręczona obsesjami? Ano, okazuje się, że wytrwałością i sposobem, a czasem nawet na rympał.

Schemat ten zdaje się być kręgosłupem chyba każdej z powieści Sophie Hannah. W omawianych "Zabójczych marzeniach" (swoją drogą gratuluję wyjątkowo nieudanego i kiczowatego tytułu, gdyby nie nazwisko autorki, będącej pewną marką w świecie kryminałów, żadna siła nie zmusiłaby mnie do kupienia dzieła opatrzonego takim tytułem) naszą udręczoną bohaterką w rozterce jest Connie Bowskill, trzydziestoparolatka, współwłaścicielka dobrze prosperującej firmy, od wielu lat żona Kitta, z którym dzieli życie, łóżko, namiętności i marzenia. Pewnej nocy Connie, od jakiegoś czasu nękana pewnymi podejrzeniami wobec męża, wchodzi na stronę internetową pewnej agencji nieruchomości i uruchomiwszy wirtualne zwiedzanie jednego domu widzi w nim leżące w kałuży krwi kobiece zwłoki. Zaszokowana woła męża, ale ten, sprawdziwszy tę samą stronę, nie znajduje na niej niczego podejrzanego. Więc co? Przywidzenie? Głupi żart? Pomyłka? A może ktoś naprawdę zamordował w tamtym domu kobietę? Pytania te nie znajdują odpowiedzi, zaś rewelacje Connie spotykają się z mniej niż umiarkowanym zainteresowaniem organów ścigania, i wreszcie zaczynają niszczyć i tak już nadkruszone małżeńskie relacje. Dalej akcja podąża już sprawdzonym schematem, możecie snuć domysły, jak to się wszystko skończy, a i tak nie odgadniecie (co świadczy o pewnej jakości tego dzieła).

Przeciwko niej (tej jakości) przemawia sztuczne zapętlenie wątków. W pewnym momencie intryga urasta do apokaliptycznych rozmiarów, doprowadzona ad absurdum przez nawarstwiające się niczym w matrioszce możliwe wersje wydarzeń i pokrzyżowane perspektywy narracyjne. Kiedy całość zaczynała zbliżać się ku wyzwalającemu finałowi, sama zaczęłam się już gubić, kto, co i dlaczego, gorzej nawet, przestało mnie to interesować. Autorka wyraźnie chciała dobrze, ale wyszło jej za bardzo - innymi słowy, przekombinowała. Proponowana przez nią wersja ani trochę mnie nie przekonała, ale może rzeczywiście gdzieś na świecie istnieją podobnie chore umysły, zdolne do uknucia i przeprowadzenia tak pogmatwanego planu. Notabene  nie radziłam sobie w tej powieści z chwytaniem motywów i pobudek, jakimi kierowały się poszczególne postacie, zaś ich relacje, wszystkie bez wyjątku trudne i osobliwe (weźmy choćby relację Kitta i jego rodziców, ale także to dziwne coś, co łączyło świętującą miesiąc miodowy parę detektywa Simona i jego małżonki Charlie), wymykały się memu rozumieniu, a może zostały tylko niepotrzebnie i na siłę skomplikowane przez autorkę i utytłane w stosownej ilości psychologicznego bełkotu.

To co, nie czytać? Czytać. Jeśli lubicie takie estremalnie pokręcone, szarpiące emocjonalnie kawałki, a w dodatku nie doświadczyliście jeszcze żadnej innej powieści tej autorki lub nie rozgryźliście jej sposobu na thriller, to wyjdziecie z lektury z pałającymi policzkami i poobryzanymi pazkokciami. To może działać. Na mnie też działało. Za pierwszym razem.

Na koniec muszę jeszcze wyrzucić z siebie coś, co nie daje mi spokoju. Ciekawa jestem, czy moje podejrzenia są słuszne. Otóż tłumacz wielokrotnie używa pojęcia "forensyka" (zapewne jako dosłownej kalki  angielskiego "forensics"). W języku polskim nie ma takiego słowa, a to, co Anglosasi rozumieją pod tym pojęciem, określa się u nas mianem "kryminalistyki", choć niektórzy postulują utworzenie takiego terminu, bowiem obszary znaczeniowe "forensics" i "kryminalistyki" nie do końca się pokrywają. Zastanawiam się zatem, czy stosowana tu szczodrze "forensyka" to typowa wtopa, czy może rozmyślna decyzja tłumacza, równoznaczna z odważnym aktem słowotwórstwa. Może słowo to przyjmie się w polszczyźnie i za rok nikogo nie będzie już razić?... Nie takie cuda się zdarzały...



Pierwsze zdanie: "Zostanę zabita, a wszystko przez rodzinę Gilpatricków."
Gdzie i kiedy: Wlk. Brytania, współcześnie 
W dwóch słowach: pogmatwana i obsesyjna
Dla kogo: dla fanów splątanych do niemożliwości intryg i zwolenników teorii spiskowych
Ciepło / zimno: 54°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Kasi "Booktrotter". 

niedziela, 27 stycznia 2013

Håkan Nesser "Samotni" - udręczeni kontra uporczywi


Wydawnictwo: Czarna Owca
Tytuł oryginału: De ensamma
Przekład: Maciej Muszalski
Seria: Czarna Seria
Data wydania: marzec 2012
Ilość stron: 480
Cena: 34,90 zł

Kiedy pierwszy raz w życiu jadłam szparagi, nie mogłam wyjść ze zdumienia, co ludzie, ba, smakosze, w nich widzą. Ich smak pozostał dla mnie, nienawykłej do finezji kulinarnych, nieodkryty. Z czasem nijakość i mdłość ustąpiły miejsca niuansom, o których istnieniu nie miałam pojęcia, zaś moje kubki smakowe zaczęły rozpoznawać delikatność i nuty, wprawiające podniebienie w rozkoszne wibracje. Dziś bladawe warzywo stanowi dla mnie zenit kulinarnych doznań, na który czekam przez cały rok - nic nie dorówna niebosiężnym smakowym subtelnościom, skomponowanym z szynką najlepszego gatunku, rozpływającym się masłem i orzeźwiającym sauvignon blanc. 

I tak mi przyszło do głowy, że podobnie jest z prozą kolejnego Skandynawa, którego biorę na tapetę - czytelnikowi, który kosztuje jej po raz pierwszy, smak jej może wymykać się i wydać nieciekawym, mało wyrazistym. Potrzeba wytrwałości i swoistego ukochania, by wydobyć z niej finezję i bogactwo. 

I na tę finezję i czytelnicze apogeum przyjdzie nam tu czekać dość długo. Dobra połowa z okładem tej powieści to nużące obracanie kilku zdawkowych informacji, okraszonych paroma wycieczkami w przeszłość. Przedzieranie się przez tę mdławość jest tym bardziej męczące, że tak naprawdę nie wiadomo nawet, czy w tym kryminale mamy w ogóle do czynienia ze zbrodnią, czy może tylko z nieszczęśliwym wypadkiem, a może z samobójstwem, a może z kombinacją tych dwóch. Jest tu śmierć - zwłoki sześćdziesięcioletniego fizyka, typa samotnika, zostają znalezione roztrzaskane w pewnym wąwozie. Nie byłoby w tym nic szczególnego - ot, starszy człowiek przez nieostrożność spadł w przepaść, gdyby nie fakt, iż przed trzydziestu laty dokładnie w tym samym miejscu doszło do identycznego wypadku, a osobą, która wówczas zabiła się na dnie wąwozu, była... ówczesną narzeczona świeżej ofiary. Więc jak to było? Jedno skoczyło, drugie upadło? A może na odwrót?... Dywagacje te zajmują długie, ciągnące się strony i nic nie wskazuje na to, by nastąpiła jakakolwiek zmiana. Aż się chce przytaknąć niezmordowanym, uporczywym policjantom (w tych rolach znowu Barbarotti i Eva Backmann), zamknijcie wreszcie tę sprawę, nie ma w niej nic, absolutnie nic, co uzasadniałoby żmudne wałkowanie. 

Pojawia się jednak taki moment, w którym epizody z życia grupki osób, zamieszanych w wydarzenia z lat siedemdziesątych, przestają być nam obojętne, a oni sami - wówczas studenci, przyszli intelektualiści, wchodzący dopiero w życie, próbujący okiełznać je każde na swój sposób - nie zlewają się już w jedno, nie wymykają poznaniu i zaczynają dostarczać doznań, których istnienia się nawet nie domyślaliśmy. Na ten moment naprawdę warto czekać, bowiem jest on przełomem, w którym znużenie i udręczenie życiem tych samotnych i udręczonych, poddawane wiwisekcji przez uporczywych śledczych, ustępuje. I zaczynamy dostrzegać finezję portretowania postaci, ich dramatyczny rys, ich zagubienie, demoniczność, siłę. Warto czekać na finał, który wynagradza wszelkie znoje docierania do sedna tej opowieści, mozolnego zbierania przypominających cienie strzępków, z których Nesser utkał swą głęboką, porażającą historię. Po drodze zaś można pokibicować Barbarottiemu, pogrążyć się w paru refleksjach o sensie życia, pofilozofować, ponurzać się w smętnych klimatach. A na koniec wgryźć w swojego szparaga i oniemieć w obliczu nieskończonego bogactwa jego smaku.  


Pierwsze zdanie: "Obudziły go głosy kłócących się ludzi."
Gdzie i kiedy: Szwecja, współcześnie i w latach siedemdziesiątych 
W dwóch słowach: niepozorna i głęboka
Dla kogo: dla wytrwałych i filozofów
Ciepło / zimno: 74°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Anety "Czytamy kryminały". 

czwartek, 24 stycznia 2013

Åsa Larsson "Aż gniew twój przeminie" - kryminał babski i gniewny



Wydawnictwo Literackie
Oryginalny tytuł: Till dess din vrede upphör
Przekład: Beata Walczak-Larsson
Data premiery: maj 2012
Liczba stron: 352
Cena: 34,90 zł
Macie tak czasem, że czytacie jakąś książkę, wyczuwacie jej siłę, potraficie wyliczyć szereg plusów, podskórnie czujecie, że powinna was zachwycić, porwać, ponieść ze sobą, ale tego nie robi? Nix, niente, niet. Ja mam coś takiego z kolejną powieścią skandynawskiej królowej kryminału (której to już?) Åsy Larsson. 

Choć przyznam, że sam początek ma w sobie niesamowity impet i siłę wyrazu. W zasadzie jest najmocniejszym elementem tej powieści, zostawiającym wszystkie następujące po nim sceny w mdławym cieniu. "Pamiętam, jak umarliśmy". My - to siedemnastoletnia Wilma i jej chłopak Simon, którzy udają się na podwodną wyprawę, zamierzając zbadać dno pobliskiego jeziora, o którym krążą słuchy, że w czasie wojny zatonął w nim niemiecki samolot. Wyzwanie, zapach przygody, młodzieńczy zapał, radość życia i odkrywania - Wilma aż tryska energią i animuszem, ale opowiadając o tym wszystkim z perspektywy martwej osoby. I już samo to jest chwytem niezwykłym, odważnym, choć niebezpiecznym, bowiem pierwiastek nadprzyrodzony, mistyczny, w kryminałach - gatunku ze wszech miar realistycznym - często ześlizguje się z wytyczonego szlaku i ląduje w grzęzawisku miernoty. Sposób, w jaki Wilma opowiada o swojej śmierci, jest bez dwóch zdań mistrzowski. 

Mocny akcent na wstępie to fajna rzecz, ale nie każdemu udaje się przekuć go na fabularny kapitał. Tutaj, mam wrażenie, cięciwa napięcia rozpręża się, by tylko miejscami powrócić do pierwotnej, naciągniętej do granic możliwości formy. Akcja zwalnia tempo i toczy się dalej niespiesznie, przeskakując raz po raz w przeszłość. Czytelnicy zaznajomieni z prozą Larsson z radością zapewne powitają powrót starych znajomych, także i tutaj śledztwo związane z wyjaśnieniem okoliczności śmierci dziewczyny (bo ciała chłopaka nie znaleziono), prowadzą dwie kobiety, które sprawdziły się w poprzednich "odcinkach": policjantka Anna Maria Mella i prokurator Rebeka Martinsson. Trop, czego się można było spodziewać, prowadzi do przeszłości, dalekiej, wojennej, stanowiącej niechlubny przedział w dziejach Szwecji, i nieco mniej odległej, ale też ponurej. 

I w zasadzie na tym koniec, jeśli chodzi o niespodzianki. Bardzo szybko wiadomo, kto stoi za brutalnym zabójstwem młodych, autorce zaś pozostaje tylko odkrywanie krok po kroku, dlaczego. Czyni to w sposób lekko odealniony, posługując się duchem zmarłej - dzięki wspomnieniom nieżyjącej Wilmy czytelnik prędzej od organów ścigania dowiaduje się, jak było naprawdę. Zabieg ten może się podobać, ale nie musi. Ja mam z tym pewien problem i wolę zdecydowanie, kiedy kryminał pozostaje w realistycznych ramach, choć tutaj metafizyczne wstawki nie wpływają, chwała Bogu, na śledztwo, a są jedynie elementem zabawy z czytelnikiem, retoryczną figurą, pozwalającą na wprowadzenie inności, wyróżnienie się z masy. 

Długo trawiłam tę książkę, próbując dociec, co mnie w niej uwierało. I do końca nie wiem, czy to wina chaotycznego przeskakiwania z narracji w czasie teraźniejszym na czas przeszły, nietrzymającego się żadnego schematu, powodującego swoiste rozedrganie i zadyszkę. Nie wiem, czy irytowały mnie obie główne panie szukające prawdy, nieporadne, rozedrgane tak jak nić narracji, dające się ponosić emocjom, pełne dobrotliwej empatii, słabe i silne na przemian. Podobały mi się niektóre, bardzo mocne, znakomicie zarysowane sceny, po których następowały takie, które doprowadzały mnie do rozpaczy irracjonalnością, albo po prostu nużące. Larsson poruszyła tu kilka strun, na których dźwięk jestem niezmiernie wrażliwa - starość w jej opisie jest bezdennie smutna, porażająco okrutna, dogłębnie obrzydliwa. W tych momentach staje się prawdziwe twierdzenie o nieporównywalnej społecznej wrażliwości pisarzy skandynawskich, a także o niezwykłej ostrości uprawianej przez nich socjokrytyki. Larsson jest momentami gniewna, momentami zaś babska. Babska w tym pejoratywnym znaczeniu: rozchwiana, nadmiernie emocjonalna, irracjonalna. I niech każdy sam sobie odpowie na pytanie, czy go to kręci. 



Pierwsze zdanie: "Pamiętam, jak umarliśmy."
Gdzie i kiedy: Kiruna na północy Szwecji, współcześnie ze skokami w przeszłość 
W dwóch słowach: babska i gniewna
Dla kogo: dla miłośników nordyckich klimatów oraz literatury lekko odrealnionej
Ciepło / zimno: 62°


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Anety "Czytamy kryminały". 

wtorek, 22 stycznia 2013

Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne (6) - o tle migracyjnym

Pamiętam, pamiętam! Dawno nie było nowych zagadek lingwistycznych, jestem Wam winna podsumowanie "piwnych zwłok", więc nie strzępiąc języka po próżnicy, jedziemy:

Szukaliśmy najlepszego tłumaczenia dla genialnego słowa "Bierleiche". Poniżej zamieszczam Wasze propozycje:

Bierleiche (niem.)

denat piwny (nie winny)
opój piwny
pijany w trupa
piwne zejście
piwotrup (trup piwny)
piwozgon
piwzombie
sztywny
zezwłok
zezwłok piwny
zgon
zmęczony pan
zwłoki

oraz dwa wyrażenia:

"zaliczył zgona"
"przepił ten koleś"

Chyba najbardziej się śmiałam przy "zmęczonym panu", zaś "denat piwny (nie winny)" zawiera finezyjną i krotochwilną grę słów, podoba mi się!



Moja dzisiejsza propozycja jest trochę poważniejsza, by nie powiedzieć, wskakująca w ramy (a może nawet je detonująca) politycznej poprawności. Ostatnio czytam pewien znakomity kryminał, traktujący o prywatnym detektywie nazwiskiem Kayankaya, który z sarkazmem i wielkim dystansem do rzeczywistości charakteryzuje trafnie pewnego cudzoziemca, wyrażając się o nim oględnie "Mensch mit Migrationshintergrund" (dosł. człowiek z tłem migracyjnym). 

Wyrażenie to jest dość rozpowszechnione, w szczególności w źródłach oficjalnych, bowiem żaden z polityków, a już nie daj Boże urzędników, nie może i nie chce popełnić niesłychanego faux pas i nazwać cudzoziemca cudzoziemcem. Wszak już nawet w dziecięcych klasykach likwiduje się dyskryminujące słowa "Murzyn" i "Cygan" (chodzi m. in. o książeczki dla dzieci Ottfrieda Preußlera oraz Pippi Langstrumpf). 

Przyznacie, że "człowiek z tłem" brzmi dość śmiesznie, czekam zatem na Wasze typy. Jak nazwać to, czego nazywać dosłownie nie wypada? 

Szukamy tłumaczenia dla wyrażenia:

Mensch mit Migrationshintergrund (niem.)


(wyjaśnienie dla niewładających niemieckim: Mensch - człowiek, mit - z, Hintergrund - tło, Migration - wiadomo)

Propozycje podawajcie w komentarzach pod tym postem. Do dzieła!



niedziela, 20 stycznia 2013

Piotr Głuchowski "Umarli tańczą" - czyli dziennikarz, dziewczyna i śmierć


Wydawca: Agora
Data premiery: kwiecień 2012
Liczba stron: 510
Cena: 34,99
Przyznam, że nie dowierzałam. Nie dowierzałam, kiedy przebąkiwano w blogowisku, że to dobra książka. Rzut oka na okładkowego blurba upewnił mnie niemal, że nie mogą mieć racji. Znowu jakiś dziennikarzyna w roli gończego psa. Nie, nie, i jeszcze raz nie: dziennikarze nie znają się tropieniu przestępców, nie mają ikry i możliwości. W dodatku te makabryczne rytuały, kastrowanie ofiar, te tematy, no ile można?... Coś mnie jednak tknęło i dzieło kupiłam. Potem książkę nominowano do najlepszej piętnastki polskich kryminałów na forum KiS, namiętnie przeze mnie odwiedzanym. I postanowiłam, że przeczytam, by udowodnić im wszystkim, że nie mają racji. I... wsiąkłam.

Może nie po pierwszych stronach, ale dość prędko. A im bardziej wsiąkałam, tym szybciej przewracałam kartki, tym bardziej kibicowałam temu o jakżeż wzgardzonemu wprzódy prowincjonalnemu dziennikarzynie, tym bardziej rozpływałam się nad niektórymi szczegółami i chłonęłam bijący ze stronic autentyzm. I okazało się, że jest tak, jak lubię.

A tymczasem akcja nie zwiastuje wcale wrażeń, jakie szykuje nam Głuchowski. Ot, toruński dziennikarz wpada na trop dziwnej sprawy: pewna kobieta zwraca się do niego o pomoc w odnalezieniu grobu zamordowanych rodziców. Sprawa sięga lat osiemdziesiątych, morderstwo było brutalne, ze znamionami mordu rytualnego, ale sprawcy nigdy nie znaleziono, a wręcz powstaje wrażenie, że bardzo chciano, by całość zatuszować, by nikt nigdy nie próbował więcej szukać i węszyć. Ale Robert Pruski faktycznie ma coś z gończego psa i zaczyna węszyć, węszyć głęboko i pełnymi chrapami, spod uklepanej warstewki wykopując na światło dzienne coraz bardziej osobliwe szczegóły, łącznie z tropem wiodącym ku carskiej sekcie skopców, przez kastrację i okaleczanie kobiecych narządów pragnącą wybielić grzesznika. Strange?... Owszem. Niby kupy się to nie trzyma, ale jednak w miarę czytania zaczynają wyłazić spod tego niezbornego chaosu połączenia, zależności i sens. Sytuacja zaostrza się, gdy zachodzi podejrzenie, że wampir, mordujący w okolicach Torunia ileś lat temu, być może nadal żyje na Białorusi i nadal zbiera krwawe żniwo.

A w tym wszystkim od czasu do czasu mamy możność zaglądnięcia w umysł psychopatycznego sekciarza oraz przeżyć, poczuć i doświadczyć tego, co doświadcza alkoholik w ciągu - i powiem Wam, że to chyba jedna z lepszych analiz (beletrystycznie potraktowanych) uzależnienia, jakie dane mi było czytać. Wątek alkoholizmu, mimo wszechobecności, nadal jest traktowany marginalnie (lub wcale), infantylnie, po kabotyńsku lub po prostu kompletnie po ignorancku. Tutaj przewija się w sposób wyrazisty i realistyczny - mogę mieć jedynie pretensje do autora, że usunął Pruskiemu parę kłód z drogi, zsyłając mu wspaniałą i mądrą kobietę, a także ulgę od nałogu w końcowej fazie powieści. No, ale takie są prawidła powieści sensacyjnej - ma być szybko i dramatycznie, ale nie wolno zbytnio gnoić i niszczyć głównego bohatera (choć taki Nesbo na przykład konsekwentnie próbuje).

Tu jest i szybko, i bardzo dramatycznie, ale też i spójnie, bez grzechów przeciwko autentyzmowi. Postacie są jakby żywcem wyjęte z polskiej rzeczywistości, bez wybielania, bez zaczerniania i wypaczania. Dialogi zaś w tej powieści to jeden wielki majsterszyk - nie ma tu drewna, są świetnie dobrane idio- i socjolekty, widać, że autor ma rzadki dar obserwacji i miejscami operuje piórem na poziomie "zielenieję z zazdrości". Najlepszym zaś dowodem na jego sprawność w tym względzie jest fakt, że skłonna mu jestem wybaczyć narrację w czasie teraźniejszym, na którą zwykle reaguję wysypką i nerwowymi tikami. Tu nawet udało mi się zapomnieć, że czytam na znienawidzonym modusie. A fragment, zawierający pokrętne finalne dywagacje majora chyba sobie przeczytam jeszcze raz. Jest znakomity! Ciekawe, czego się autor najadł (napił?), by wyprodukować ten tekst...

Ci, którzy znają mój czytelniczy gust, wiedzą, że lubię, jak autor zna się na tym, o czym pisze. I tu się nie zawiodłam. Autor jest dziennikarzem i to się czuje. Żaden podszywający się pod ten zawód pseudopismak nie przemyciłby takiego zatrzęsienia szczegółów, windujących realizm na najwyższe piętra. Inna rzecz, że po tym wszystkim człowieka nachodzi refleksja, niepiękna chyba w wymowie, ile naszej prywatności oddaliśmy już w ręce przedstawicieli tego cechu, ile jeszcze nam zabiorą i kto im daje moralne prawo do grzebania w nieswoich sprawach, zaś refleksji tej towarzyszy niepokój, połączony z pewnością, że nie każdy z nich ma na tyle przyzwoitości, by przestać, gdy mu się mówi przestań, jak to uczynił Pruski.

A teraz myk, myk, do księgarni, kupować i czytać!

Pierwsze zdanie: "Rzeka płynąca wzdłuż murów toruńskiego Starego Miasta zmienia kolory."
Gdzie i kiedy: Afganistan 1980, Polska (Toruń) i Białoruś w latach osiemdziesiątych i współcześnie
W dwóch słowach: realistyczna i wciągająca
Dla kogo: dla ceniących polskie realia, mocne sceny i autentyzm językowy
                      Ciepło / zimno: 85°

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Czytamy kryminały" u Anety.

piątek, 18 stycznia 2013

['] Jakob Arjouni nie żyje


To prawda, co napisali dzisiaj w Süddeutsche Zeitung: niektóre wiadomości trafiają nas, jakbyśmy znienacka wpadli na metalowy słup. Jakub Arjouni nie żyje. Znakomity autor kryminałów - choć przecież irytował się, gdy go postrzegano jako twórcę wyłącznie tego gatunku. Jego dorobek to nie tylko seria, będąca najbardziej noir ze wszystkich niemieckich serii kryminalnych, to także sztuki teatralne, dwie świetne powieści o współczesnym Berlinie, zbiory opowiadań, a nawet jeden kryminał s-f "Chez Max". A mimo to większość kojarzy go jako ojca Kemala Kayankayi, prywatnego detektywa o tureckich korzeniach, faceta barwnego jak rajski ptak, cwanego i niedającego sobie w kaszę dmuchać, niby żywcem wyjętego z powieści Chandlera i Hammetta.

Syn znanego dramatopisarza. Żeby nie korzystać z przywileju nazwiska, pierwszy manuskrypt wysłał pod marokańskim nazwiskiem swojej pierwszej żony. W wydawnictwie Diogenes natychmiast dostrzeżono jego talent. I tak zostało. Arjouni - egzotyczne nazwisko, Kemal - turecki bohater, tak stworzony tak realistycznie: wielu sądziło, że sam ma cudzoziemskie korzenie.

Jego kryminały to nie zwykłe kalki amerykańskich gangsterskich powieści. To kąśliwe, ironiczne, urbanistyczne pejzaże, których sednem zawsze było pytanie o moralność, bezlitośnie rozprawiał się w nich z neonazizmem i rasizmem. W Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy serii o Kayankayi: "Happy birthday, Turku!" i "Więcej piwa", oraz zbiór opowiadań "Idioci. Pięć bajek". Na ostatni tom, zatytułowany "Bruder Kemal", fanom przyszło czekać dość długo. Ukazał się niedawno, szykowałam się już do lektury. To naprawdę ostatni tom.

Jakob Arjouni przegrał walkę z rakiem. Osierocił trójkę dzieci. Miał czterdzieści osiem lat.