Ads 468x60px

niedziela, 15 lipca 2012

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 29/2012




Ale się dzieje! Na liście Spiegla sensacyjne zawirowania, o których koniecznie muszę donieść. Poniższe notowanie jest świeżutkie, z jutrzejszego poniedziałku, 16 lipca 2012.

Wydania kieszonkowe (Taschenbücher):



1. James E. L. Shades of Grey. Geheimes Verlangen (oryg. Fifty Shades of Grey 01, pol. 50 twarzy Greya, Sonia Draga, zapowiedź listopad 2012)
2. Nicolas Barreau Das Lächeln der Frauen (pol. Sekretne składniki miłości, wyd. Bukowy las)
3. Zsuzsa Bánk Die hellen Tage (pol. zapowiedź Wydawnictwa Czarne w serii Proza Świata, październik 2013)
4. Lucinda Riley Das Mädchen auf den Klippen (oryg. The Girl on the Cliff, pol. Dziewczyna na klifie, zapowiedź wyd. Albatros)
5. Alex Capus Léon und Louise (pol. -)
6. Kate Morton Die fernen Stunden (oryg. The Distant Hours, pol. -)
7. Wolfgang Herrndorf Tschick (pol.-)
8. Nele Neuhaus Unter Haien (pol.-)
9. Siri Hustvedt Der Sommer ohne Männer (oryg. The summer without men, pol. -)
10. Monika Peetz Sieben Tage ohne (pol.-)


Love is in the air... chciałoby się zaśpiewać, widząc to, co się dzieje w pierwszej dziesiątce. Wraz z nastaniem letnich temperatur poznikały wszystkie kryminały, a Niemców opętały dzikie namiętności, miłosne uniesienia i romantyczne zwiewności. Ba, pierwsze miejsce ocieka seksem, czego na statecznej liście bestsellerów nie było od lat! Co się dzieje?... Szczerze mówiąc, sama nie wiem. Shades of Grey natychmiast po ukazaniu wytrysnęło (skąd to słowo?...) na pierwsze miejsce, ludzie w księgarniach pytają wyłącznie o tę książkę, gazety, nawet te najpoważniejsze, rozpisują się o niej, miotając gromy, że pornoliteratura dla sprzątaczek wdziera się na salony... Intrygujący fenomen tej książki pozostaje na razie zagadką. Polscy czytelnicy nie zostaną oszczędzeni - Sonia Draga zapowiada tę książkę na jesień (50 twarzy Greya) i aż mnie świerzbi z ciekawości, czy u nas też zawojuje umysły i dusze...

Poza tym cieszy fakt, że niemal wszystkie z bestsellerów, okupujących od tygodni listę, będą (lub już są) do kupienia w Polsce - Bukowy Las już wydał Nicolasa Barreau i jego Sekretne składniki miłości, Wydawnictwo Czarne zapowiada Zsuzsę Bánk, pojawi się też Dziewczyna na klifie Lucindy Riley. Mnie zaciekawił również Szwajcar Alex Capus i jego Léon und Louise, miłosna historia rozgrywająca się w historycznych klimatach międzywojnia, coś o łamaniu wszelkich konwencji i prześmiesznym podwójnym życiu, nominowana do nagrody Deutscher Bücherpreis.


Wydania w twardej oprawie (Hardcover):

1. Jonas Jonasson Der Hunderjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand (pol. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął)
2. Jean-Luc Bannalec Bretonische Verhältnisse (pol. -)
3. Rachel Joyce Die unwahrscheinliche Pilgerreise des Harold Fry (oryg. The Unlikely Pilgrimage of Harold Fry, pol. 2012 Niezwykła wędrówka Harolda Fry)
4. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 2. Gefährliche Liebe (oryg. The Hunger Games Catching Fire, pol. W pierścieniu ognia)
5. Suzanne Collins Die Tribute von Panem. Tödliche Spiele (pol. Igrzyska śmierci)
6. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 3. Flammender Zorn (oryg. The Hunger Games Mockingjay, pol. Igrzyska śmierci 3, Kosogłos)
7. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (oryg. Alfabethuset, pol. -)
8. Donna Leon Reiches Erbe: Commissario Brunnettis zwanzigster Fall (oryg. Drawing Conclusion pol. -)
9. Dora Heldt Bei Hitze ist es wenigstens nicht kalt (pol. -)
10. Tana French Schattenstill (oryg. Broken Harbour, pol. Port widmo, zapowiedź wyd. Albatros)


W porównaniu z wydaniami kieszonkowymi sensacji nie ma. Nadal mamy wyskakującego przez okno stulatka i bretońskie wakacyjne klimaty, Igrzyska śmierci nadal trwająm i nieprędko się skończą, Harold Fry wędruje i wędruje, Donna Leon uszczęśliwia kolejnym kryminałem, Alder Olsen też.
Zwracam natomiast uwagę na zabawną i ciepłą historię Dory Heldt, której inny bestseller "Wakacje z ojcem" właśnie został wydany przez Telbit. Tana French, obecna i na polskim rynku, zawojowała rynek kolejnym thrillerem, który pojawił się w zapowiedziach i w Polsce - Port widmo zostanie wydany przez Albatrosa.

Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że sezon letni, miłosny i ogórkowy kwitnie. Aż się chce zgadnąć, jakie wichry, namiętności i szarugi przyniesie nam książowa jesień...


piątek, 13 lipca 2012

Charlotte Rogan "Zgubieni" - no i jak tu się nie zgubić?

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2012-03-25
Tytuł oryginału: The Lifeboat

Tłumaczenie: Grażyna Smosna
Ilość stron: 304
Cena : 34,90 zł



Mam problem z tą książką - jest to bowiem kolejna pozycja z tych chwalonych, wybitnych podobno, ścinających z nóg - a tu w czasie lektury uczucie zachwytu nijak nie chciało się u mnie pojawić, i nic mnie z nóg nie ścięło. Tak dumam i dumam, analizuję to i tamto, i widzę wiele elementów, które podobały mi się szalenie, a jednak, pozostając przy terminologii marynistycznej, tsunami nie było.

Sama tematyka ma w sobie zalążek historii wyjątkowo poruszającej i dramatycznej - jak pewnie wszyscy już wiecie, chodzi o morską katastrofę liniowca (tu automatycznie nasuwają się skojarzenia z Titanikiem, ale nie, to nie ten statek, choć podobny czas). Do szalupy w chaosie akcji ratunkowej trafia przypadkowa zbieranina ludzi, w tym narratorka, dwudziestodwuletnia Grace Winter, świeżo poślubiona żona wpływowego bankiera, dla której zamążpójście stanowiło awans społeczny, a rejs - podróż ku nowemu, lepszemu życiu. Sęk w tym, że rozbitków było zbyt wielu. Szalupy, obliczone na mniej osób niż podano na burcie łodzi, choć dały tymczasowe schronienie czterdziestce pasażerów, niebezpiecznie balansują na granicy utonięcia, i może przetrzymają parę godzin, ale kto wie, kiedy nadejdzie pomoc i czy ocean będzie im przez cały czas sprzymierzeńcem. Ktoś będzie musiał ustąpić, by uratować resztę - tylko kto? I jak wyłonić nieszczęśnika?

Jak zawsze w przypadku zamkniętych, hermetycznych i skazanych na siebie społeczności, już po niedługim czasie w tygielku rozmaitych temperamentów i osobowości, indywiduów o najróżniejszym pochodzeniu, sile lub słabości charakteru, zaczynają mieszać się emocje. Dochodzi do psychologicznych (i nie tylko) prób sił, ważą się losy jednostek i całej grupy, manipulatorzy naginają słabych. W szalupie wrze. Tym bardziej, że pomoc nie nadchodzi, ani po godzinie, ani po pięciu, nie po jednym dniu, ani nawet po tygodniu. Zaczyna brakować wody, rozbitkowie są głodni, wyczerpani, niewyspani, poddani wyjątkowej psychicznej presji, pełni nadziei i desperacji. Jedno jest od początku pewne - Grace udaje się przeżyć. Jakim cudem, i kto jeszcze będzie zaliczał się do szczęśliwców, którzy nie wylądują za burtą, tego czytelnik dowiaduje się krok po kroku, odsłonę po odsłonie.

Powolność to jedno ze słów, które dobrze do tej ksiązki pasuje. Akcja toczy się leniwie, mimo że wydarzeniom na łodzi nie brakuje dramatyzmu. Autorka nie skupia się jednak na spektakularnej, fabularnej stronie tej opowieści, ale drąży głębiej, ukazując wachlarz moralnych dylematów, przed którymi stają pasażerowie. Zahacza przy tym o filozofię, porusza również aspekty prawne i próbuje narysować granice dowolności dokonywanych wyborów w sytuacji zagrożenia i ratowania życia. Do czego wolno nam się posunąć w imię ratowania własnej skóry? To pytanie Grace niespodziewanie musi zadać sobie w chwili, gdy sądzi, że jej morska odyseja została zakończona. Czekający ją proces o morderstwo okazuje się kolejną łodzią pełną rozbitków na bezkresie oceanu.

Niełatwe to tematy, ale fascynujące, wrzynające się głęboko w serce, siejące wątpliwości i prowokujące do wielu pytań. Skąd zatem brak achów i ochów w tej recenzji? Ano stąd, że uwierało mnie w tej powieści wykonanie. Autorka wybrała świetny temat, otwierający nieograniczone możliwości napisania znakomitej, przyprawiającej o dreszcz historii, a przy tym miała okazję porzucenia płycizn sztampowego thrillera morskiego i rzucenia czytelnika na głębię psychologicznej gry i poruszających rozterek moralnych. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że można to było zrobić lepiej, bardziej wyraziście, z pazurem, z większą namiętnością. Raził mnie rozdźwięk między dramatyzmem opisywanych wydarzeń a lakonicznością, zdawkowością narracji. Grace, młoda, naiwna dziewczyna o niezachwianej wierze w człowieka i jego moralny kręgosłup, powinna kipieć emocjami, powinien buzować w niej ogień nadziei, zwątpienia, jej narracja powinna ocierać się o szaleństwo! To, co tu mamy, to beznamiętne i monotonne klepanie, ze pani Cook spojrzała krzywo na panią Fleming, a pan Hoffmann odburknął nieuprzejmnie panu Hardiemu. Nawet jej dywagacje i rozterki, zamiast gęsią skórkę, wywoływały u mnie najwyżej znużenie. Spodziewałam się więcej emocji i namiętności (nawet nie akcji, nie myślcie sobie, że jestem jakiś junkie, którego rusza tylko krew, ogień i ból) a nie chłodnej relacji, która mogłaby wyjść z ust wyrzuconej na brzeg ryby. Życzyłabym sobie więcej szalejących bałwanów, a mniej sennego pluskania letniej wody.

Dlatego daję tylko trójkę, doceniając jednak uwypuklenie ciekawych aspektów psychologicznych i niecodzienną fabułę. Moja ocena: 3/5.

wtorek, 10 lipca 2012

Ole Kristiansen "Der Wind bringt den Tod" - wiatr niesie śmierć...

Wydawnictwo: DTV
Data premiery: czerwiec 2012 
Ilość stron: 494
Język: niemiecki
Cena: 9,95 euro

Zdarzyło Wam się kupić coś pod wpływem reklamy? Założę się, że tak. Okazuje się, że nawet takie stare wygi jak ja dają się czasem złapać na lep reklamy. A było to tak: czytałam sobie przy śniadanku Süddeutsche Zeitung, przeglądałam strony z kulturą i nagle mój wzrok przyciągnął ponury morski krajobraz z ptaszyskiem na drągu, nazwisko autora, brzmiące nieco ze skandynawska, wielce obiecujący, acz poetycki tytuł "Wiatr niesie śmierć" i krótki opis, od którego przeszedł mi lodowaty dreszcz od potylicy po lędźwia... Po śniadaniu pokłusowałam na górę do kompa, wykonałam spontaniczne zamówienie, by następnego dnia z uśmiechem odebrać szary karton z "wiatrem i śmiercią" od kuriera.

Tyle reklama. Ze skandynawska brzmiące nazwisko okazało się jakimś ukorzenionym niemieckim, z wyraźnymi nordyckimi inklinacjami (przynajmniej jeśli chodzi o rodzicieli autora), zawartość pułapki zaś zacna, mocno przyzwoita i uzasadniająca gwałtowną uległość wobec reklamowych lepów.

Debiut to, i jak to debiutant, nie ustrzegł się farbowany Skandynaw paru potknięć, do których kryminalna wyga natychmiast się przyczepiła. Mam wielką awersję do powieści przegadanych i niepotrzebnie rozleczonych wzdłuż i wszerz i na ukos. Tutaj spokojnie można byłoby dokonać pewnych ciachnięć, dzięki czemu i akcja popłynęłaby nieco bardziej wartkim strumieniem, i czytelnik trochę bardziej by się wciągnął, nie mogąc się otrząsnąć z emocji. Bo emocje są, na szczęście.

Wszystko zaczyna się od momentu, kiedy Jule, atrakcyjna i wykształcona kobieta otrzymuje od swego pracodawcy - prężnego koncernu ekspandującego w dziedzinie odnawialnych źródeł energii - zlecenie, by popchnąć projekt budowy największego parku wiatraków w Niemczech, który ugrzązł w martwym punkcie. Park ma powstać gdzieś na odległej prowincji na wietrznej północy, gdzie nawet psy odwłokami szczekają, a uparte chłopy nie chcą sprzedawać gruntów pod budowę. Jule ma zrobić tak, żeby chłopom się zachciało, a park powstał. Czego pracodawca jednak nie wie: kobieta cierpi na fobię. Fobia związana jest z pewnym traumatycznym przeżyciem sprzed kilku lat, kiedy to kobieta śmiertelnie potrąciła rowerzystkę. Od tamtego tragicznego wypadku Jule nie jeździ samochodem, a jeśli już, to tylko jako pasażer, a i to kosztuje ją bardzo dużo nerwów. A tu jutro ma wyruszyć do Odisworth, dwieście kilometrów od Hamburga, służbową beemką, rzecz jasna. Kto lubi taplanie się w psychologicznych traumach, będzie podczas tej jazdy, trwającej wieeeeeeczność całą, przeszczęśliwy. Kto nie, musi zacisnąć zęby i jakoś przebrnąć, bo potem będzie już tylko lepiej.

Wioska okazuje się wypiździewem totalnym, pełnym wrogich wieśniaków jak z horroru, z trupami w piwnicy i na działkach (dosłownie i w przenośni). Dość wspomnieć, że Jule wpada jak śliwka w kompot w sam środek policyjnego dochodzenia w sprawie zwłok kobiety, niepokojąco przypominającej Jule, wykopanych w pobliskim lasku. Ładuje się również w masę kłopotów, popełnia gafę za gafą, zraża do siebie każdego, kogo się tylko da, za wyjątkiem przystojnego komisarza o swojsko brzmiącym nazwisku Smolski, i wreszcie pada ofiarą wzmożonego zainteresowania psychopaty, który w dzieciństwie za bardzo lubił bawić się lalkami, a w dorosłości dopada kobiety i robi z nich Barbie (łącznie z takimi apetycznymi szczegółami jak zasklepianie wszelkich anatomicznych otworów silikonem, przybijaniem powiek, żeby się nie zamykały i skracaniem palców u nóg, jeśli się nie chcą zmieścić w pantofelkach). No i Jule jeszcze cały czas walczy z fobią...

I powiem Wam, że było całkiem nieźle. Książka trzyma w napięciu, jak diabli (za wyjątkiem pławienia się w fobicznych lękach głównej bohaterki), upiorna wioska ukazana została w kompleksowy sposób, ze wszystkimi mechanizmami rządzącymi zamkniętymi społecznościami, bohaterowie są tacy, że się ich albo kocha, albo nienawidzi, czyli tak jak powinno być, a intryga, choć niezbyt trudna do rozpracowania dla uważnego czytelnika lub dla przebiegłego wygi, to wygładzona w każdym szczególe, wycyzelowana, zadowalająca podejrzliwych realistów. Do tego świetny, mroczny nastrój, atmosfera grozy, strachu, tajemnicy. Uuuhuuu.

Ja to kupuję. Czasami warto się złapać na lep reklamy. Daję czwórkę i zapamiętuję autora.

Moja ocena: 4/5.



niedziela, 8 lipca 2012

Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne (3)


Nie myślcie sobie, że cykl "Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne" zdechł... o nie. Ostatnie wyzwanie okazało się jednak dosyć trudne, wpłynęło wprawdzie kilka propozycji, ale tym razem nie znaleźliśmy chyba jednak idealnego ekwiwalentu językowego. Przypomnę, że szukaliśmy tłumaczenia dla słowa "Zickenalarm". Zainteresowanych znaczeniem odsyłam tutaj, a poniżej zamieszczam Wasze propozycje:

Zickenalarm (niem.)

cisza przed burzą
jazgotają jak przekupki przed burzą
babskie jazgotanie
kudłoszarp
jazgotka
siksochryja
paniusio-zwada
babeczko-spięcie
dziewczoscysja
foch-alarm
bździągwodraka
bździągwizna
panie w bojowym (wojennym) stanie

Przyznacie, że było trudno, mimo to wykazaliście się dobrym czujem, wyczuciem językowym i tłumacz w sytuacji podbramkowej być może pójdzie jednym z podanych tropów i znajdzie jakieś zgrabne, dowcipne i inteligentne wyjście.

Dziś dalszy ciąg zabawy i kolejne przepiękne słówko, które znalazłam w jednym z felietonów w magazynie Süddeutsche Zeitung. Chodzi o:

Spätabnabler

Już wyjaśniam, co to znaczy. Czasownik "abnabeln" jest sam w sobie niewinny i oznacza "odcięcie pępowiny". W połączeniu z przysłówkiem "spät" (późno) znaczy późne dokonanie tej czynności, czyli późne odcięcie pępowiny. Ale już utworzony od tego rzeczownik, czyli Spätabnabler jest słowem wrednym, złośliwym i stanowi przeszkodę absolutnie nie do pokonania dla biednego tłumacza. No bo jak jednym słowem nazwać to, co autor tej złośliwostki miał na myśli? Jak określić osobnika przejrzałego, ale nadal pasożytującego na łonie mamusi, bo mu dobrze, bo mama ugotuje, opierze, sprzątnie i za wszystkie swoje usługi nie weźmie ani grosza? Takiego, który mimo trzydziestki na karku nadal nie jest w stanie przeciąć pępowiny i pójść na swoje?... I tu się zdaję na Waszą inwencję. Propozycje zgłaszajcie w komentarzach. Czekam i jestem niezmiernie ciekawa, co tym razem wymyślicie! Może zainspirujecie się tabliczką hotelu Mama GmbH (dania zimne i gorące, kompleksowe usługi w zakresie sprzątania, doradztwo pedagogiczne i usługi wszelkiego rodzaju. Czynne: 24 h!)



Zdjęcie z fotocomunity.de

piątek, 6 lipca 2012

Jack Ketchum "Blutrot" ("Rudy") - po wąskiej grani zemsty

Wydawnictwo: Heyne Hardcore
Tytuł oryginału: Red
Data premiery: 03.11.2008
Ilość stron: 288
Cena: 8,95 euro
Polskie wydanie: lipiec 2012, wyd. Papierowy Księżyc ("Rudy. Prawo do życia")


Lubię Ketchuma. Nie za krew, bebechy i fizjologię, ale za dar opowiadania. W jego aktualnie wydanej noweli (bo powieść to trochę za dużo powiedziane) amatorzy brutalnej siekanki swoich ulubionych obrazów raczej nie znajdą, za to wszyscy inni napatoczą się na kawałek niepojącej prozy, która zasieje parę pytań o takie drobiazgi jak zemsta, sprawiedliwość, prawo do obrony koniecznej.

Historia sama w sobie jest banalna. Stary człowiek stoi na brzegu rzeki i łowi ryby. Towarzyszy mu pies - Rudy - leciwy już, ale wierny towarzysz - nie, przyjaciel. Leniwe letnie popołudnie przerywa nadejście trójki podrostków, uzbrojonych w sztucer. Chłopcy żądają od mężczyzny pieniędzy, a gdy ten przyznaje, że ma zaledwie dwadzieścia dolarów, i to nie przy sobie, a w zaparkowanym nieopodal samochodzie, jeden z nich strzela psu w łeb. I uruchamia lawinę wydarzeń jak z najgorszego horroru...

Mimo tego dramatycznego początku historia toczy się dalej nieco leniwym tempem, pozwalając jedynie domyślać się kierunku, w którym zmierza, ale nie bezlitosnej eskalacji przemocy, jaką się zakończy. Bo owszem, finał będzie brutalny jak z horroru. Jednak to, co porusza w tej opowieści, to nie krwawe sceny, ale nieuchronność. Czytelnik podświadomie przewiduje bieg wydarzeń, bezkomromisowy i nieodwołalny - choć przecież wydawałoby się, że wystarczyłoby tak niewiele, by nie dopuścić do najgorszego. W tej historii poruszają melancholijne nuty, pojawiające się podczas wplecionych tu i ówdzie retrospekcji z życia starego człowieka. Porusza zderzenie światopoglądu jak nie z tej epoki, sztywnego szkieletu moralnych zasad, z bezkompromisowym i płytkim światem antagonistów. Porusza niemoc systemu prawnego wobec wydarzeń takich, jak opisane. Porusza tragiczna odyseja człowieka, który nie pragnie wiele - może skruchy, może refleksji nad samym sobą, a gdy jej nie znajduje, - zwykłej sprawiedliwości.

I tu dochodzimy do jądra tej opowieści - do pytania o granice wolności, o prawo do zemsty i wymierzanie sprawiedliwości w sytuacji, gdy struktury cywilizowanego porządku prawnego zawodzą. A także o wąską grań, po której wiedzie ścieżka pewnych życiowych wyborów, o niewidzialną granicę, po przekroczeniu której nie ma już powrotu do normalnego świata, a pozostają już tylko nagie instynkty i zapamiętanie się w przemocy. To poruszająca historia, ale jednak chyba typowa dla Stanów Zjednoczonych. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło wydarzyć się w jednej ze starych europejskich demokracji... Czyżbyśmy mieli wszczepione inne zasady, odmienny moralny szkielet? I nie chodzi mi o bezmyślne okrucieństwo, będące wyzwalaczem tej historii, bo tego i u nas pod dostatkiem, ale raczej o sposób radzenia sobie z podobnymi zjawiskami - i na płaszczyźnie systemowej, i zwykłej, ludzkiej.

Niezależnie od tego, jakie pytania wzbudza ta opowieść - jedno trzeba jej oddać: jest świetnie napisana. Ketchum nie epatuje tanim dydaktyzmem, a koncentruje się na nastroju, na misternie budowanym napięciu, na doskonałych psychologicznych portretach. I za to go właśnie go lubię.

Dodam, że polskie wydanie zawiera jeszcze inną nowelę, "Prawo do życia", której w niemieckim wydaniu brakuje.

"Rudemu" daję piątkę (5/5).

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

środa, 4 lipca 2012

Na zachodzie bez zmian?...

O nowościach, starociach i osobliwościach na półkach niemieckich księgarni kryminalnych specjalnie dla ZwB pisze tłumaczka Agnieszka Hofmann

Boom na kryminały trwa. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, zaglądając do jakiejkolwiek księgarni za Odrą. Działy z literaturą kryminalną puchną, półki uginają się od nowości, wydawnictwa uwijają się i pracują pełną parą, by co miesiąc wypuścić na rynek 150 nowości kryminalnych, a czytelnik… No właśnie, co czytelnik na to? Waha się, przygnieciony zalewem nowalijek, czeka z utęsknieniem na kolejny tom ulubionego autora, a może kupuje w ciemno? Jak poradzić sobie wobec nieprzebranej mnogości pisarzy, podgatunków, stylów? Wybrać amerykański, mrożący krew w żyłach dreszczowiec o seryjnym mordercy? Zaufać klasykom i zdać się na spokojny angielski kryminał z gatunku whodunnit? Dać się porwać urlopowej fali i zauroczyć włoską siestą, przerwaną umiarkowanie krwawą zbrodnią? A może udać się w rodzime, przaśne rejony i pośmiać przy slapstickowych perypetiach alpejskiego policjanta?

Wybór jest ogromny, a wydawnictwa przekrzykują się jak przekupki na bazarze, zachwalające swój towar, którego jakość i świeżość nie zawsze dorównuje obietnicom. Można oczywiście zaufać listom bestsellerów, wśród których prym wiedzie niezawodna lista tygodnika „Spiegel”, odwzorowująca faktyczną sprzedaż i stan czytelniczych upodobań. Można podpytać panią w księgarni, ale gusta, wiadoma rzecz, są różniaste i to, co jednego porwie bez reszty, w innym wzbudzi niesmak lub pogrąży w bezdennej nudzie. Czasem sprawdzają się też strzały w ciemno, skutkujące spektakularnym odkryciem prawdziwej perełki. Czytelnicy Zbrodni w Bibliotece nie muszą się uciekać do tak drastycznych środków, wystarczy zajrzeć na portal i przeczytać artykuł o najnowszych trendach, modnych nazwiskach i sprawdzonych pewniakach. Zapraszam zatem na niemieckie salony księgarskie.

Czytaj dalej na portalu Zbrodnia w Bibliotece, gdzie ukazał się cały tekst.

wtorek, 3 lipca 2012

Mariusz Czubaj "Zanim znowu zabiję" - playlista XXL

Wydawnictwo WAB
Mroczna seria
Premiera: maj 2012
Liczba stron: 288
Cena: 36,90 zł



Nie macie dosyć tego całego futbolu?... A może brakuje Wam cowieczornego misterium z łaciatą skórzaną kulą w roli głównej?... Tak czy siak, bez piłki się nie obejdzie - nie w przypadku najnowszej powieści Mariusza Czubaja z Rudolfem Heinzem, polskim profilerem (a tak, mamy takich!) i arcymistrzem metafory, jak sam o sobie mawia. 

Cierpiących na futbolową awersję od razu uspokajam - to się da czytać i bez wielkiej namiętności dla piłki, czy sportu w ogóle, nawet jeśli powieść zahacza szerokim skrzydłem o piłkarskie rewiry. Mariusz Czubaj po prostu wstrzelił się w to, czym przez ostatnie tygodnie żyła Polska, licząc może trochę na porwanie i poniesienie przez futbolową falę. Po stronicach powieści nie skaczą jednak małe piłeczki... ale wyłaniają się z nich demony przeszłości. Tym razem Heinz będzie musiał się zmierzyć z kilkoma z nich - z Inkwizytorem, psychopatycznym zbrodniarzem, który raz już miał go w swoich szponach, a teraz, po ucieczce z psychiatryka, zamierza zapewnie dokończyć dzieło - w tym dzieło zemsty na Rudolfie, z piłkarską przeszłością paru podejrzanych, bowiem trop, który podejmuje nasz profiler, prowadzi w chlubne lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, a także z osobistym demonem numer jeden - własnym ojcem marnotrawnym, który po latach milczenia i nieobecności zwraca się do syna o pomoc w wyjaśnieniu zagadkowej samobójczej śmierci Jacka Kosa, piłkarza polskiej kadry.

Wątków jest kilka, a Heinz podejmuje śledztwo prywatnie, śmigając po Polsce to do Sandomierza, to do Warszawy, to do Darłowa, zbierając kawałki układanki i nie odrywając swego tropicielskiego nosa od śladu dziwnej sprawy o kryptonimie ZZZ, nawiązującej do słów, które skreślił zabójca, pozostawiając przed laty list: "Zróbcie to. Zanim znowu zabiję". Co krok pojawiają się tu nowe odsłony, które sprawiają, że w kręgu podejrzanych znajdzie się również własny ojciec Heinza. Intryga jest zgrabnie zakreślona, o przyjemnym stopniu zagmatwania, logicznie poprowadzona i rozwiązana, ale, prawdę mówiąc, niezbyt porywająca. Nie poniosła mnie przy lekturze tej książki żadna fala, nie obgryzałam paznokci i nie zarywałam nocy, by dowiedzieć się, kto jest mordercą. Parę wątków rozczarowało sztampowością i przewidywalnością - ten Inkwizytor! - i trochę się ten ukłon w stronę amerykańskich głupich thrillerów nie udał.

Co nie znaczy, że jest nudno czy miałko. Powieść jak najbardziej ma swoje walory - są cudowne polskie współczesne realia, łącznie z katastrofą smoleńską czy powodzią w Sandomierzu, są wplecione tu i ówdzie drobne zgryźliwości, którymi autor komentuje aktualne zjawiska czy wydarzenia, no i jest sam Heinz. O postaci profilera można powiedzieć dużo, można go lubić lub nie (to drugie jest zdecydowanie łatwiejsze), można się z nim zgadzać lub nie, ale jedno jest niezaprzeczalne: to bohater wyrazisty. Polaryzujący, owszem, wkurzający swoim osobistym rozmemłaniem (może pora już przestać użalać się nad samym sobą po śmierci ukochanej żony?...), irytujący tym wiecznym żłopaniem piwa i ssaniem e-papierosów, koniecznie o smaku chesterfieldów (dżizes...), wpadający czasem w rolę easy ridera, namiętnie słuchający muzyki (swoją drogą, czy ktoś się może pokusił o stworzenie playlisty wszystkich utworów, których Heinz wysłuchuje w tej powieści?...), jedzący śmieciowe jedzenie i tak dalej. Owszem, jest tu parę stereotypów, ale Heinz na pewno nie jest mdły, co dyskwalifikuje każdego porządnego książkowego detektywa. I za tą wyrazistość trzeba Mariusza Czubaja pochwalić, bo nie o każdym polskim (niepolskim zresztą też) śledczym da się to powiedzieć.

Wzburzonej fali namiętności nie było, ale był solidny kawał dobrej prozy, plasujący książkę raczej w górnych regionach kryminalnej skali. Jak dla mnie - kryminalnej wariatki - lektura obowiązkowa. I już czekam na kolejnego Heinza, wkurzającego następnymi gigantycznymi playlistami.

Moja ocena: czwóra, a jakże (4/5)!

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece