Ads 468x60px

niedziela, 11 marca 2012

Kate Atkinson "Das vergessene Kind" (O świcie wzięłam psa i poszłam...) czyli jak wgryźć się w górę lodową

Wydawnictwo: Droemer
Tytuł oryginału: Started Early, Took My Dog
Ilość stron 464
Cena 19,99 euro
Data premiery 12.09.2011

"Zapomniane dziecko" jak innowacyjnie zniemczyli tytuł "Startet Early, Took My Dog" wydawcy, zwróciło moją uwagę, ponieważ powieść wyróżniono nagrodą Deutscher Krimipreis 2012 (trzecie miejsce w kategorii najlepsza zagraniczna powieść kryminalna roku). Pisałam o przyznaniu tych nagród tutaj. Kate Atkinson umknęła do tej pory mojej uwadze, mimo licznych wydanych już w Niemczech powieści, niekoniecznie kryminalnych. Nagrodzona powieść jest czwartą z cyklu Jackson Brodie (pierwsza ukazała się w 2006 także i w Polsce), ale nie jest to seria, których poszczególnych części nie da się czytać osobno.

Co takiego ma w sobie ta powieść, że gremium wybitnych literatów, księgarzy i krytyków postanowiło ją wyróżnić? Czyżby trup ściele się tu szczególnie gęsto, a może akcja toczy tak szybko, że niemal zlewa się w jedną barwną plamę? Nie. To książka powolna, niepozorna, taka, że można ją niemal zaliczyć do literackiego slow foodu (wybaczcie określenie). Choć jeśli miałabym kierować się opisem z okładki, to akcja powinna eksplodować tuż po starcie.

Kate Atkinson
Fabuła zapowiedziana zostaje w sposób wielce obiecujący: oto emerytowana policjantka, pięćdzisięcioletna Tracy Waterhouse, osoba nieciekawa, zlewajaca się z tłem, żyjąca samotnie, dorabiająca jako ochrona w sklepie, kupuje sobie dziecko. Pod centrum handlowym w Leeds, w gwarne popołudnie wręcza trzy tysiące funtów, przeznaczone na gażę dla Janka, polskiego robotnika o smutnych oczach, który remontuje jej dom, jakieś przypadkowej, uzależnionej od narkotyków prostytutce, i staje się właścicielką czteroletniej Courtney. Impuls. Trach. I świat przestaje być takim, jaki był do tej pory.

Cięcie. Inny protagonista. Starzejący się prywatny detektyw podróżujący po Anglii z misją odnalezienia biologicznych rodziców pewnej Nowozelandki, z minuty na minutę staje się właścicielem psa. Odbiera go w parku jakiemuś znęcającemu się nad nim mięśniakowi. Impuls. Trach. I życie przestaje być takim, jakie było dotychczas.

Losy tych dwojga splatają się od tej pory w intrygujący sposób, kończąc... ale nie o końcu chciałam. Zabawne są te paralele między tą dwójką. Tracy, świeżo upieczona mamusia, wydaje majątek na postawowe wyposażenie dziecka, a Jackson, świeżo upieczony pan border teriera, nabywa przedmioty, bez których nie może obejść się żaden porządny pies. Tracy uczy się nowego życia z dzieckiem, istotą obcą i tajemniczą, starając się robić rzeczy, które robią matki. Zapomina o chusteczkach, wskutek czego nos Courtney zdobi przez dłuższy czas gruby, zielony glut. Na listę następnych zakupów trafiają chusteczki, a po nieskutecznej próbie wytarcia archeologicznych pokładów brudu z buzi czterolatki, Tracy wskakuje na kolejny level macierzyństwa i notuje sobie, by następnym razem kupić mokre chusteczki... Jackson notuje, by kupić papierowe worki na kupę...

1 część cyklu Jackson  Brodie po polsku
Śmieszne? Nie bardzo. Owszem, powieść skrzy się od migawkowych, precyzyjnych, jakże brytyjskich obrazów, pełnych ironii dygresji, trafnych obserwacji, a nawet brytyjskiego czarnego humoru (Tracy zauważa przykładowo, by następnym razem, kupując sobie dziecko, nie zapomnieć o gwarancji od wyrzutów sumienia). Ale to nie wszystko. Jedna z postaci mówi o sobie, że jest jak góra lodowa - sięga głęboko. Otóż ja, czytając tę książkę, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że cała ta historia jest jak góra lodowa. Pod powierzchowną warstwą rozciąga się dużo więcej - obyczajowy rys brytyjskiego społeczeństwa, brudna, brutalna prawda o ludziach, nieupiększone odbicie codzienności i ludzkich losów. Weźmy choćby starzejącą się aktorkę, której demencja pogłębia się z każdą jej myślą - Kate Atkinson każe nam wejść w jej głowę i poddać się szaleństwu, zapomnieniu, destrukcji. Ale to także góra lodowa, która wymyka się z rąk, nie da się uchwycić, ogarnąć, pojmać, śliska, zimna, nieprzystępna. Nie da się jej zaszufladkować - jest to w ogóle kryminał, czy też nie? Owszem, jest trup, jest śledztwo, jest tajemnica, ale też powrót do lat siedemdziesiątych, jest nużące zwiedzanie angielskich opactw przez Jacksona i jego nieustanne, irytujące fikcyjne rozmowy z Julią...

Przyznam się Wam do czegoś. Po około jednej trzeciej książki miałam ochotę pyrgnąć ją w diabły i więcej do niej nie wracać. Nie mogłam uwierzyć, że to ma być oceniona jako dobra, ba, nagrodzona powieść, zwątpiłam w zdolność oceny jurorów. Ale zacisnęłam zęby i przebrnęłam przez nią, by po dwóch trzecich nie móc otrząsnąć się ze zdumienia - akcja przyspieszyła szaleńczo, a losy bohaterów, odległe na pozór, zbiegły się w zaskakujący sposób, tworząc jednak pasjonującą mieszankę.

To nie jest książka dla osób szukających łatwej rozrywki. Ale jeśli ktoś szuka w kryminale czegoś więcej, pokładu refleksji i zadumy nad życiem, ten odnajdzie tu prawdziwym skarb. Trzeba jednak przygotować się na lekturę, która może miejscami nużyć, która może dezorientować zalewem niepotrzebnych detali i zbędnych informacji, wreszcie na lekturę, wymagającą od czytelnika pewnego przygotowania względem wiedzy o Wielkiej Brytanii i jej osobliwościach, by nie stać zupełnie bezradnie wobec natłoku kulturoznawczych niuansów, z którymi niemiecki tłumacz nie do końca sobie poradził.

Po namyśle daję tej książce 4-/5.

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece.

sobota, 10 marca 2012

Chwalę się...


Stało się. Moja współpraca redakcyjna z portalem Zbrodnia w Bibliotece została oficjalnie rozpoczęta. Będę dla Was kimś w rodzaju korespondenta z Niemiec - w najbliższym czasie możecie spodziewać się najświeższych wieści z niemieckiego rynku księgarskiego, omówienia nowości, wywiadów z pisarzami, relacji ze spotkań autorskich. Już za parę dni rozpoczyna się w Monachium festiwal kryminalny, na który zjadą się liczne światowe sławy kryminału, m.in. Tess Gerritsen, Liza Marklund, Jeffery Deaver, Anthony Horowitz. Recenzje ich najnowszych powieści oraz relacje ze spotkań z autorami znajdziecie na portalu, a także na moim blogu.
Zbrodni w Bibliotece dziękuję serdecznie za zaproszenie do współpracy. Liczę, że znajdę w Was wiernych czytelników, a Wy będziecie się dobrze bawić, czytając wieści zza Odry.

Z okazji inauguracji współpracy udzieliłam portalowi wywiadu, który znajdziecie TUTAJ.



piątek, 9 marca 2012

Co czytają Niemcy cz. 3 - listy bestsellerów

Minął już miesiąc, odkąd ostatni raz prezentowałam Wam listę najlepiej sprzedających się kryminałów i fantastyki na niemieckim rynku, pora rzucić okiem, co się zmieniło.

10 najlepiej sprzedających się kryminałów wg księgarni internetowej Amazon z 09.03.2012:

1. Nele Neuhaus Unter Haien (pol. -)
2. Andreas Franz, Daniel Holbe Todesmelodie (pol. -)
3. Jörg Maurer Oberwasser. Alpenkrimi (pol. -)
4. Tess Gerritsen Grabesstille (oryg. The silent girl, pol. Milcząca dziewczyna zapowiedź 2013 Albatros)
5. Cid Jonas Gutenrath 110: Ein Bulle hört zu - aus der Notrufzentrale der Polizei (pol. -)
6. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (org. Alfabethuset, pol. -)
7. Charlotte Link Der Beobachter (pol. -)
8. Jussi Adler-Olsen Erlösung (oryg. Flaskepost fra P, pol. -)
9. Jussi Adler-Olsen Schändung (oryg.  Fasandræberne, pol. Zabójcy bażantów)
10. Arne Dahl Gier (oryg. Viskleken, pol. .-)
 (W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)


Lista wygląda zupełnie inaczej, niż przed miesiącem. Pierwsze trzy miejsca okupują pozycje niemieckich autorów, o których warto wspomnieć parę słów. Nele Neuhaus to prawdziwa królowa niemieckiego kryminału psychologicznego. Produkuje bestsellery taśmowo, nie wszystkie czytałam, ale te, które poznałam, były niczego sobie.
Andreasa Franza znacie, w Polsce ukazały się już cztery jego książki. Ta aktualna to bardzo ciekawa pozycja - ukazuje się bowiem pośmiertnie (pisarz zmarł w marcu zeszłego roku, osierocając pięcioro dzieci). Jest to kryminał z serii z Julią Durant, którego autor nie zdążył dokończyć i to zadanie przejął za niego debiutujący Daniel Holbe. O zainteresowaniu tą powieścią niech świadczy fakt, że książka ukaże się dopiero w maju, a ta sensacyjna lokata na liście do wynik przesprzedaży!
Czwarte miejsce to znana i w Polsce Tess Gerritsen i jej najnowsza Milcząca dziewczyna, która ukaże się i w Polsce, ale dopiero w 2013, zgodnie z zapowiedziami wydawnictwa Albatros. Książka w Niemczech wychodzi jutro i zgodnie z informacją z Amazona jest już w drodze do mnie. Za tydzień wybieram się na spotkanie autorskie z Tess Gerritsen i już wkrótce znajdziecie recenzję i relację z tego spotkania na Zbrodni w Bibliotece oraz oczywiście u mnie na blogu.
Nie sposób pominąć najnowszego Arne Dahla i jego powieści Gier (niemiecki tytuł: Żądza). To początek nowej serii (już nie drużyna A, tylko seria Europol). Wypożyczyłam z biblioteki, czeka na przeczytanie, recenzja wkrótce.



10 najlepiej sprzedających się książek fantasy i science fiction wg Amazon z 09.03.2012:

1. Nalini Singh Wilde Glut (oryg. Play of Passion, 13 tom cyklu Psi i Zmiennokształtni pol. -)
2. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 1 (oryg. The Hunger Games, pol. Igrzyska śmierci tom 1)  
3. J. R. Ward Nachtseele. Black Dagger 18. (oryg. Lover Unleashed Part 2, pol. - 18 część cyklu Mroczny kochanek)
4. Christine Feehan Im Bann des Jägers (oryg. Ruthless Game, 9 tom cyklu Ghostwalkers, pol. -)
5.  Suzanne Collins Die Tribute von Panem 2 (oryg. The Hunger Games, pol. Igrzyska śmierci tom 2)  
6. Ilona Andrews Stadt der Finsternis 05: Ruf der Finsternis (oryg. Magic Slays, pol. -, 5 tom cyklu Kate Daniels)
7. Jacquelyn Frank Shadowdwellers: Trace (pol. -) enta część cholera wie jakiego cyklu
8. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 3 (oryg. The Hunger Games, pol. Igrzyska śmierci tom 3)  
9. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 01: Die Herren von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 1-359), pol. Gra o tron)
10. Christopher Paolini Das Erbe der Macht (oryg. Inheritance, pol. Dziedzictwo)
(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)



Słuchajcie, nie robię sobie jaj. To jest najprawdziwsza, najpoważniejsza powaga. Nie pomyliłam kategorii. To nie jest dział "Erotyka dla kucharek". To jest kategoria "Science-fiction i fantasy". Masakra jakaś. Już nawet nie chce mi się pisać. Mam wrażenie, że tutejsi wydawcy zupełnie zrezygnowali z wydawania pozycji na jakimkolwiek poziomie, tylko skupili się na dojeniu kasy z głupich bab, które w nieskończoność będą kupować cykle o mrocznych wampirokochankachi innych cudakach odpowiednio wyposażonych.

Cała nadzieja w polskich wydawnictwach. I szybko działającej poczcie... Na szczęście dzisiaj przyszła nowa Valente i Ian MacDonald. A teraz pooglądajcie sobie nagie męskie torsy...

czwartek, 8 marca 2012

Wiosennie, kobieco...


Chciałam podarować Wam dzisiaj jakiegoś ślicznego tulipanka, ale w ogródku dopiero zaczęło coś wyłazić:


To białe to chyba przebiśnieg, ale to zielone, to na pewno liście tulipana!!!
Fotograf ze mnie jak z koziego odwłoka trąba, więc może jednak wolicie tego, tłustego, soczystego, holenderskiego:


Wszystkim, które chcą, winszuję z całego serca, a te, które czują, że święto je mierzi, niech się cieszą nadchodzącą wiosną!


środa, 7 marca 2012

Marta Guzowska "Ofiara Polikseny" albo dlaczego kobiety kochają drani

Wydawnictwo: W.A.B. Data wydania: 08.01.12
Stron: 432
Cena: 39,99 zł


Pierwsze zdanie: "Mario - spytała nagle - czy mógłbyś zabić człowieka?"

Tak jakoś ścichapękiem nadeszła ta książka, niepozorna, o burej okładce, trudnym, niechwytliwym tytule. W księgarni pewnie pozostałaby niezauważona, leżąc na półce i nie wołając krzykliwościami. I gdyby nie zachęta pewnej osoby na pewnym forum, pewnie nadal tkwiłaby w ukryciu, mały, zakurzony diamencik w kamiennej, szarej otoczce...

Bo że "Ofiara Polikseny" to diament, perełka, połyskująca bladym świtem kropelka rosy na pustyni - co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Dawno już żadna książka mnie tak nie urzekła, nie zaczarowała, nie porwała w wir wydarzeń, nie zaatakowała plastycznym, obcym dla mnie światem, niepięknym ale jakże prawdziwym.

Autorka porywa nas do współczesnej Anatolii, na wykopaliska archologiczne w rejonie niejgdysiejszej Troi. Nuda, powiecie. A figa tam. Nie ma tu nawet kapki nudy. Wprawdzie na trupa trzeba poczekać parę stron, zresztą, że się pojawi, jest rzeczą dość oczywistą, w końcu nie po to osadza się akcję kryminału pośród archeologów i antrolopoga, by w końcu nie wygrzebać spod twardej ziemi jakiegoś szkieletu. Czyżby odkopany szkielet należał do Polikseny, legendarnej torjańskiej księżniczki, zamordowanej przez poderżnięcie gardła? Wkrótce pojawia się też trup całkiem świeży - na jednym z dwóch starożytnych ołtarzy z poderżniętym gardłem znaleziona zostanie jedna z uczestniczek ekspedycji. Nie wszystko okazuje się jednak takie, na jakie wygląda...  Jeśli myślicie, że od tego momentu wszczęte zostanie profesjonalne śledztwo, na scenę wkroczy prężny i inteligentny detektyw, by po odpowiednich perypetiach rozwiązać w trymiga zagadki śmierci kobiet, to się mylicie. To Turcja, panie. Koniec świata, psy odwłokami szczekają. Po zdawkowym przepytaniu archeologów, podczas którego najbardziej dociekliwe pytania dotyczyły personaliów, policji tu nie zobaczymy. Nie będzie analizy mikrośladów i DNA na miejscu zbrodni. Koniec, finito.

Czeka nas za to deprymujący, przytłaczający nastój tamtego miejsca: lejący się z nieba żar, smród potu, hektolitrów cienkiego piwa, tanich papierosów, brzęk wszechobecnych much, ujadanie kundli, odganianie natrętnych komarów, i ten skwar, pył i kurz... Nie jest to świat, jaki przywykliśmy kojarzyć z pocztówkowymi widoczkami z katalogów biur podróży. To świat, atakujący turpizmem. To duszne, klaustrofobicze obrazy, organoleptyczny gwałt na elementarnym poczuciu estetyki. Apogeum tych klimatów była dla mnie scena wywiezienia ambulansem pewnych zwłok (nie powiem czyich) z terenu obiektu turystycznego. Mistrzostwo świata!

To także portret środowiska archeologów, chyba prawdziwy, bo przecież autorka sama spędziła wiele czasu na wykopaliskach i jest archeologiem z zawodu. Kto lubi zawodowe podglądactwo, ten znajdzie tu coś dla siebie - lubię, gdy w powieści autor wiedzie czytelnika w rejony autentyczne, a nie wyszukane w Wikipedii przy pomocy "kopiuj i wklej", umożliwia wgląd w hermetyczne, zamknięte światki odmiennych od własnych profesji. Marta Guzowska czyni to ponadto w wyjątkowo szarmancki sposób, z przymrużeniem oka wkładając w usta antropologa spostrzeżenia w rodzaju: "Miał identyczną figurę jak matka i całkowicie łysą, brachycefaliczną czaszkę, a dolną część trzewioczaszki ozdobioną gęstą brodą w tym samym odcieniu, co włosy Lale". Mario notabene tak opisuje swoją byłą: "Miała najpiękniejszą na świecie czaszkę, proporcjonalną, gracylną, o delikatnej morfologii, wysokich oczodołach, lekko wystających kościach jarzmowych, z pięknie zaznaczonym prognatyzmem zębodołowym". Ha! I jak tu się nie zachwycić!...

Skoro już dotarłam do postaci Mario, to zatrzymam się na nim na minutkę, bo warto. Nie spodziewajcie się jednak Indiany Jonesa, wyposażonego w pejcz i inne męskie atrybuty, ratującego dziewice z opresji i starożytne skarby z rąk złoczyńców. Mario Ybl, profesor antropologii, to skurczybyk jakich mało, wiecznie zamajaczony smakującym jak siki piwskiem lub raki, obrażający wszystkich i każdego, nie znający autorytetów, skutecznie zniechęcający do siebie nawet najbardziej łagodne i przychylnie usposobione osóbki, abnegat, pajac, leń, niechluj, a w dodatku cierpi na nyktofobię... Koleś, którego można tylko nienawidzić, albo kochać (wypisz wymaluj House). A jednak to on, jako jedyny, próbuje kiwnąć palcem, podczas gdy cała reszta ekipy trwa w odrętwieniu lub obojętności po makabrycznej śmierci koleżanki z grupy... Nie chcę się czepiać, ale pod koniec autorka nie uniknęła pewnych stereotypów i w finalnej scenie kazała mu jednak rozprawić się ze zbrodniarzem wedle wszelkich prawideł filmowej sztuki. A niech tam. 

No dobra, spytacie, a co z zagadką kryminalną? Jest. Jest nawet dość ciekawa, choć czytelnik nie zostaje skonfrontowany z nią od razu, a klasyczne roztrząsanie kwestii "kto zabił i dlaczego" pojawia się relatywnie późno. To także intryga z drugim, a nawet trzecim dnem. Dość pasjonująca, choć nie zwalająca z nóg. I to nie zagadką kryminalną żyje ta książka, a postaciami, scenerią, świetnym rysem obyczajowym, specyficznym humorem. Znalazłam w tej książce wszystko, co powinna mieć dobra, wciągająca, inteligentna powieść kryminalna. I to wszystko wyszło spod pióra polskiej autorki, ba, debiutantki. Niemożliwe? A jednak. Przekonajcie się sami. Ja tam już teraz czekam na kontynuację - autorka już pracuje nad "Głową Niobe". Oby tak udaną, jak "Ofiara Polikseny". 

Moja ocena: 5/5 (coś za dobre książki ostatnio czytam...)

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece  




poniedziałek, 5 marca 2012

Bernard Minier "Bielszy odcień śmierci" (Schwarzer Schmetterling)


Wydawca: Droemer
Data wydania: 01.03.2012
Tytuł oryginału: Glacé
Ilość stron: 688
Cena
: 14,99 euro

Pierwsze zdanie (z niemieckiego przekładu, ale pewnie i tak każdy zrozumie): Dgdgdgdgdgd - tacktacktack - dgdgdgdgd - tacktack.

Polskie wydanie
Posypało się recenzji tej książki w blogowisku. Euforycznie chwalili ją czytelnicy, krytycy, blogerzy. Że taki genialny debiut, że dawno nie było już tak dobrego thrillera, że atmosferyczny, trzymający w napięciu, że trzeba przeczytać. Nie było wyjścia, musiałam po nią sięgnąć. A ponieważ paczka z Polski idzie jednak parę dni, a świeżutka powieść francuskiego debiutanta właśnie pachnąc farbą drukarską pokazała się w niemieckich księgarniach, nabyłam wersję po niemiecku.

I co, warto było zainwestować 15 euro w dzieło zupełnie nieznanego pisarza? Zaraz się dowiecie. Pierwsze, co mnie uderzyło, to ilość stron - wydanie niemieckie ma ich prawie 700! Jeśli dzieło nie okaże się udane, to w jednym na pewno pobije niejedną aktualną nowalijkę na księgarskim rynku, pomyślałam sobie. I zagłębiłam się w lekturze.

Po parunastu stronach - dezorientacja. Eeee, czy to naprawdę kryminał o koniu?... Tak, moi drodzy, o koniu. Znakomity śledczy z Tuluzy zostaje wezwany do leżącej na końcu świata, w odludnym zakątku Pirenejów, turystycznej mieścinie Saint Martin do zwłok, znalezionych w górnej stacji elektrowni wodnej. Zwłok... konia. Servaz zdziwił się podobnie jak ja, gdy dopiero na miejscu dowiedział się, że nie chodzi o zamordowanego człowieka. Cóż koń był to nie byle jaki, bowiem należący do miliardera, człowieka z pierwszej dziesiątki najbogatszych Francuzów, potentata przemysłowego i miłośnika koni. Ponieważ zaś niecny ów czyn obfitował w rozliczne makabryczne detale, a w okolicy znajdowała się klinika psychiatryczna, w której trzymano pod kluczem najgroźniejszych, najbardziej psychopatycznych, bestialskich, nieuleczalnie i nieodwracalnie chorych psychicznie morderców, zdecydowano wszcząć śledztwo.

Jednocześnie do kliniki przybywa pani doktor Diane Berg, psycholożka, zamierzajaca przez jakiś czas zajmować się badaniem mrocznych zakamarków zbrodniczych umysłów. Jej pobyt w odludnym, upiornym miejscu bynajmniej nie rozpoczyna się tak, jak sobie to wyobrażała - zatrudniający ją profesor odszedł na emeryturę, kliniką kieruje niechętny jej, wyraźnie coś skrywający doktor Xavier, a ona sama zaczyna wątpić w słuszność swej decyzji.

Już wkrótce okazuje się, że na miejscu końskiej zbrodni znaleziono DNA osoby, której obecność tam po prostu nie wchodzi w grę - najgroszego, najgroźniejszego i wyzutego ze wszelkiej empatii, a jednocześniej najbardziej pilnowanego pacjenta kliniki Juliana Hirtmanna. Czy to możliwe, że mimo wielu doskonałych zabezpieczeń wydostał się, a także wrócił do celi, by dokonać makabrycznego czynu? I po co miałby to robić? 

Sytuacja zaostrza się, gdy po paru dniach przypadkowy biegacz znajduje podobnie zmasakrowane zwłoki miejscowego aptekarza, powieszone na moście. Nie jedyne zresztą, jak się później okaże. Servaz razem z miejscową policjantką Ziegler przystępuje do dzieła.

Czyta się to świetnie. Minier potrafi budować nastrój, umiejętnie i stopniowo (nigdy za dużo!) zdradza czytelnikowi detale, które prowadzą go dalej na ścieżce domysłów, ale też wprowadza parę mylnych tropów. Powieść ta trochę przypomina matrioszkę - gdy już wydaje ci się, że wiesz co i jak, autor zdejmuje kolejną odsłonę i nagle okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie, niż myślałeś... Uwielbiam takie ciuciubabaki z czytelnikiem. Nie można nie wspomnieć o całej otoczce tego kryminału - te grudniowe Pireneje na skraju zimy, mgliste doliny, pogrążone w mroku, gęstwinie oparów, duszące się pod naporem świeżego śniegu, ta gęsta, nieprzejrzysta atmosfera, plątanina tropów, szczegółów. W którymś momencie Servaz mówi, że przytłacza go to miasteczko, ta pogoda i to śledztwo, że czuje się, jakby się dusił. I dokładnie to samo dzieje się z czytelnikiem w trakcie lektury - ten posępny nastrój oblepia niczym strzępy obrzydliwej pomroki i odbiera tlen.

Nieco rozczarowuje natomiast wątek Diane i Hirtmanna. Hirtmann nie wydał mi się ani trochę tak straszny i inteligentny, jak go zapowiadano, zaś Diane wkurzała swoją rozlazłością i cielęcością. Nie sposób nie zauważyć asocjacji z "Milczeniem owiec", ale Hirtmannowi trochę jednak do Hanibala Lectera brakowało.

Skoro zaś mowa o rozczarowaniu, to muszę się jeszcze przyczepić do postaci byłego sędziego, który choć wprawdzie urzekł mnie swą osobą (i te jego kolacyjki, i ach, te wina!), to jednak motywy jego końcowych poczynań zupełnie mnie nie przekonały. W końcowej fazie powieści było też trochę uproszczeń i naciąganych wątków, których nie wspomnę, by nie psuć przyjemności czytania. Cóż, kryminał rządzi się swymi prawami i autor, zapewnie słusznie, musiał uatrakcyjnić ostatnie sceny, balansując na granicy wiarygodności.

Przyczepię się też do licznych literówek (ale to uwaga do niemieckiego wydania), a także paru nieścisłości, co do których nie jestem pewna, komu je zarzucić - autorowi czy tłumaczowi: oto w jednej scenie mamy ciemną fasadę domu, która w następnym zdaniu staje się nagle białą ścianą ozdobioną drewnianymi balkonami (to jaka w końcu - ciemna, czy biała?). Kiedy indziej znowu świerczki zaszumiały sobie w połowie grudnia liśćmi...  Nie wiem, co tu komu szumiało, doprawdy.

A zatem, polecić, czy nie? Jeśli nie przeraża Was bite siedemset stron dusznej, napiętej atmosfery grozy, z lekkimi dłużyznami po drodze, wycieczkami w stronę psychologii, etyki, filozofii, ale z zadowalającym zakończeniem, ciekawymi postaciami i wyraźnymi aluzjami to paru wybitnych dzieł literatury kryminalnej ("Milczenie owiec" już wymieniłam, a "Purpurowe rzeki" to pies?...), to polecam.

Moja ocena: 4+/5.

Acha, co myślicie o tytułach? Francuski oryginalny Glacé versus polski Bielszy odcień śmierci, versus Czarny motyl po niemiecku?

A okładka? Która lepsza?


Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

piątek, 2 marca 2012

Marcin Mortka "Miasteczko Nonstead" - czy Polacy potrafią pisać horrory?


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 26.01.12
Stron: 304

Język: polski
Cena: 34,99 zł

Pierwsze zdanie: "Łomotanie stawało się coraz głośniejsze, aż wreszcie Nathan odczuł drgania w kierownicy."

No właśnie. Czy Polacy potrafią pisać horrory? Czy nie jest tak, że nieraz już mieliśmy wątpliwą przyjemność konsumowania nieporadnych płodów, które wyszły spod pióra polskich naśladowców Kinga, Mastertona, Ketchuma? I czyż nie jest tak, że dzieła owe, miast straszyć i wywoływać gęsią skórkę, wywoływały, owszem, ale salwy śmiechu lub, co gorsza, zażenowanie? I czyż nie jest tak, że każda kolejna próba rodzimego pisarza pójścia w ślady któregoś z mistrzów dreszczowca wzbudza co najwyżej nieufność lub niedowierzanie, a czasem tylko sprawia, że wyrwie się nam stłumione ziewnięcie?

Marcin Mortka, świetny skądinąd tłumacz i autor pokaźnego zbiorku powieści z pogranicza przygody, historii i fantastyki, postanowił zmierzyć się z tym mitem i udowodnić, że Polak potrafi. Nie kryje przy tym, że inspiruje się dokonaniami najlepszych. Lektura "Miasteczka Nonstead" to wydziobywanie spomiędzy wierszy motywów zaczerpniętych z rozlicznych dzieł popkultury. Autor lawiruje między cytatami z Kinga, zgrabnie rozsiewa nastrój rodem z "Miasteczka Twin Peaks", parę razy wspomina agenta Muldera, nie gardząc wycieczkami do serialu CSI. Tylko czy ten zlepek zapożyczeń koniecznie musi prowadzić do nowej jakości?...

Autor osadza akcję współcześnie, na amerykańskiej prowincji, co jest zabiegiem dość karkołomnym, zważywszy na trudności, jakie niesie dla kogoś, kto nie jest skonfrontowany z tamtejszą rzeczywistością na codzień. Wydaje się, że pisarz poradził sobie z tym wyzwaniem dość dobrze, przynajmniej na pierwszy rzut oka nic nie zgrzyta w tym względzie. Bohater, pisarz, autor bestsellerowej książki z pogranicza horroru i opowieści paranormalnych, zbierający skorupy swego życia miłosnego i zawodowego, ucieka przed własnym agentem, a może i szczątkami dotychczasowego życia na zadupie, do ponurego "wypiździewa", jak sam pieszczotliwie nazywa mieścinę o nazwie Nonstead. Wynajmuje dom i dość prędko zostaje wciągnięty w wir dziwnych, mrocznych, złowieszczych wydarzeń, które nawiedzają Nonstead. "Nawiedzenie" to przy tym właściwe słowo, bowiem jednym z pierwszych problemów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć, jest opętanie Vanessy, córki ledwie poznanej miejscowej nauczycielki, przez tajemniczego demona. Sytuację udaje się Nathanowi, jak przystało na prawdziwego bohatera, zażegnać, dziecko uratować, ale miasteczko i jego niesamowici mieszkańcy, wraz z miejscową zwierzyną, a nawet pogodą, zdają się powoli go osaczać. Mamy więc tu Samotnię, odludną chatę położoną wśród głuszy, o której mówią, że jest Wrotami Piekieł, mamy pojawiającego się znikąd upiornego czarnego psa, zwiastującego śmierć, pastora, odbierającego telefony z piekła, tajemnicze przypadki popadania w szaleństwo, zaginięcia, samobójstwa, wypadki. Mamy też osobliwe forum internetowe, na którym ludzie wpisują autentyczne, przejmujące i nieprawdopodobne historie własnego szaleństwa. I co, boicie się?...

Pewnie, że nie. Ale sięgnijcie po tę książkę późnym wieczorem, zaszyjcie się w fotelu (koniecznie w samotności), najlepiej wtedy, gdy za oknem szaleje wichura, włączcie muzykę, która przewija się przez stronice powieści - od psychodelicznego The Cure, poprzez dołujące Sisters of Mercy (The Flood! Były czasy, kiedy słuchałam tego bez ustanku...), po wywołujące gęsią skórkę "Riders of the Storm" i pozwólcie panu Mortce zbudować powoli nastrój grozy, przesiąknijcie atmosferą piekielnych oparów i szaleństwa, i wtedy zobaczymy, czy mu się to uda. I jest to wielce prawdopodobne, bowiem warsztatem on dysponuje niezgorszym. Potrafi operować słowem, odpowiednio dozuje finezyjne określenia i dosadności, umiejętnie wykorzystuje figury retoryczne, maluje mistrzowskim pędzlem obrazy, które zapadają w pamięć. Wielka powchwała za język. Bo nawet sypanie kurwami jest tu na miejscu, nadając postaciom autentyczności, a lekturze smaczku.  Chcecie wiedzieć, czy ja się bałam?

Marcin Mortka
Nie. Ale niełatwo mnie przestraszyć. A czasy, kiedy przeszywał mnie dreszcz nad stronicami powieści grozy, dawno minęły. Niełatwo też mnie zaskoczyć. Zresztą, czyż źródełko z pomysłami na dobry horror nie wyschło już dawno, a to co nam się serwuje, nie jest tylko kręceniem się w kółko i odgrzewaniem motywów, które już gdzieś się kiedyś pojawiły? Ale nie w straszności tak naprawdę leży siła tej książki - to kawał dobrej rozrywki, która nawet jeśli nie wywołuje grozy, to z pewnością jednak ciekawość i napięcie, które każe nam przewracać strony, czekając, co dalej. Jasne, są tu wątki niedopowiedziane, przycięte, pozostawiające niedosyt. Są uproszczenia, skróty, pójścia na łatwiznę. Ale one zdarzają się nawet Kingowi. Przyznaję bez bicia, dobrze się to czyta, charaktery spoglądające na nas z kart tej książki są barwne, soczyste, prawdziwe (moim faworytem jest zdecydowanie O'Toole, zgorzkniały dziad i pieniacz o gadzim spojrzeniu, wygłaszający tyrady miażdżące dzisiejszy świat i obyczaje), fabuła wartka i spójna.

Nie jest to wielka literatura, Nobla za to nie będzie. Nie mamy polskiego Kinga. Ale mamy Mortkę. Warto zwrócić uwagę na tego pisarza, bo podejrzewam, że zaserwuje nam jeszcze niejedno.

Moja ocena: 4/5.