Ads 468x60px

wtorek, 10 lipca 2012

Ole Kristiansen "Der Wind bringt den Tod" - wiatr niesie śmierć...

Wydawnictwo: DTV
Data premiery: czerwiec 2012 
Ilość stron: 494
Język: niemiecki
Cena: 9,95 euro

Zdarzyło Wam się kupić coś pod wpływem reklamy? Założę się, że tak. Okazuje się, że nawet takie stare wygi jak ja dają się czasem złapać na lep reklamy. A było to tak: czytałam sobie przy śniadanku Süddeutsche Zeitung, przeglądałam strony z kulturą i nagle mój wzrok przyciągnął ponury morski krajobraz z ptaszyskiem na drągu, nazwisko autora, brzmiące nieco ze skandynawska, wielce obiecujący, acz poetycki tytuł "Wiatr niesie śmierć" i krótki opis, od którego przeszedł mi lodowaty dreszcz od potylicy po lędźwia... Po śniadaniu pokłusowałam na górę do kompa, wykonałam spontaniczne zamówienie, by następnego dnia z uśmiechem odebrać szary karton z "wiatrem i śmiercią" od kuriera.

Tyle reklama. Ze skandynawska brzmiące nazwisko okazało się jakimś ukorzenionym niemieckim, z wyraźnymi nordyckimi inklinacjami (przynajmniej jeśli chodzi o rodzicieli autora), zawartość pułapki zaś zacna, mocno przyzwoita i uzasadniająca gwałtowną uległość wobec reklamowych lepów.

Debiut to, i jak to debiutant, nie ustrzegł się farbowany Skandynaw paru potknięć, do których kryminalna wyga natychmiast się przyczepiła. Mam wielką awersję do powieści przegadanych i niepotrzebnie rozleczonych wzdłuż i wszerz i na ukos. Tutaj spokojnie można byłoby dokonać pewnych ciachnięć, dzięki czemu i akcja popłynęłaby nieco bardziej wartkim strumieniem, i czytelnik trochę bardziej by się wciągnął, nie mogąc się otrząsnąć z emocji. Bo emocje są, na szczęście.

Wszystko zaczyna się od momentu, kiedy Jule, atrakcyjna i wykształcona kobieta otrzymuje od swego pracodawcy - prężnego koncernu ekspandującego w dziedzinie odnawialnych źródeł energii - zlecenie, by popchnąć projekt budowy największego parku wiatraków w Niemczech, który ugrzązł w martwym punkcie. Park ma powstać gdzieś na odległej prowincji na wietrznej północy, gdzie nawet psy odwłokami szczekają, a uparte chłopy nie chcą sprzedawać gruntów pod budowę. Jule ma zrobić tak, żeby chłopom się zachciało, a park powstał. Czego pracodawca jednak nie wie: kobieta cierpi na fobię. Fobia związana jest z pewnym traumatycznym przeżyciem sprzed kilku lat, kiedy to kobieta śmiertelnie potrąciła rowerzystkę. Od tamtego tragicznego wypadku Jule nie jeździ samochodem, a jeśli już, to tylko jako pasażer, a i to kosztuje ją bardzo dużo nerwów. A tu jutro ma wyruszyć do Odisworth, dwieście kilometrów od Hamburga, służbową beemką, rzecz jasna. Kto lubi taplanie się w psychologicznych traumach, będzie podczas tej jazdy, trwającej wieeeeeeczność całą, przeszczęśliwy. Kto nie, musi zacisnąć zęby i jakoś przebrnąć, bo potem będzie już tylko lepiej.

Wioska okazuje się wypiździewem totalnym, pełnym wrogich wieśniaków jak z horroru, z trupami w piwnicy i na działkach (dosłownie i w przenośni). Dość wspomnieć, że Jule wpada jak śliwka w kompot w sam środek policyjnego dochodzenia w sprawie zwłok kobiety, niepokojąco przypominającej Jule, wykopanych w pobliskim lasku. Ładuje się również w masę kłopotów, popełnia gafę za gafą, zraża do siebie każdego, kogo się tylko da, za wyjątkiem przystojnego komisarza o swojsko brzmiącym nazwisku Smolski, i wreszcie pada ofiarą wzmożonego zainteresowania psychopaty, który w dzieciństwie za bardzo lubił bawić się lalkami, a w dorosłości dopada kobiety i robi z nich Barbie (łącznie z takimi apetycznymi szczegółami jak zasklepianie wszelkich anatomicznych otworów silikonem, przybijaniem powiek, żeby się nie zamykały i skracaniem palców u nóg, jeśli się nie chcą zmieścić w pantofelkach). No i Jule jeszcze cały czas walczy z fobią...

I powiem Wam, że było całkiem nieźle. Książka trzyma w napięciu, jak diabli (za wyjątkiem pławienia się w fobicznych lękach głównej bohaterki), upiorna wioska ukazana została w kompleksowy sposób, ze wszystkimi mechanizmami rządzącymi zamkniętymi społecznościami, bohaterowie są tacy, że się ich albo kocha, albo nienawidzi, czyli tak jak powinno być, a intryga, choć niezbyt trudna do rozpracowania dla uważnego czytelnika lub dla przebiegłego wygi, to wygładzona w każdym szczególe, wycyzelowana, zadowalająca podejrzliwych realistów. Do tego świetny, mroczny nastrój, atmosfera grozy, strachu, tajemnicy. Uuuhuuu.

Ja to kupuję. Czasami warto się złapać na lep reklamy. Daję czwórkę i zapamiętuję autora.

Moja ocena: 4/5.



niedziela, 8 lipca 2012

Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne (3)


Nie myślcie sobie, że cykl "Przetłumaczyć nieprzetłumaczalne" zdechł... o nie. Ostatnie wyzwanie okazało się jednak dosyć trudne, wpłynęło wprawdzie kilka propozycji, ale tym razem nie znaleźliśmy chyba jednak idealnego ekwiwalentu językowego. Przypomnę, że szukaliśmy tłumaczenia dla słowa "Zickenalarm". Zainteresowanych znaczeniem odsyłam tutaj, a poniżej zamieszczam Wasze propozycje:

Zickenalarm (niem.)

cisza przed burzą
jazgotają jak przekupki przed burzą
babskie jazgotanie
kudłoszarp
jazgotka
siksochryja
paniusio-zwada
babeczko-spięcie
dziewczoscysja
foch-alarm
bździągwodraka
bździągwizna
panie w bojowym (wojennym) stanie

Przyznacie, że było trudno, mimo to wykazaliście się dobrym czujem, wyczuciem językowym i tłumacz w sytuacji podbramkowej być może pójdzie jednym z podanych tropów i znajdzie jakieś zgrabne, dowcipne i inteligentne wyjście.

Dziś dalszy ciąg zabawy i kolejne przepiękne słówko, które znalazłam w jednym z felietonów w magazynie Süddeutsche Zeitung. Chodzi o:

Spätabnabler

Już wyjaśniam, co to znaczy. Czasownik "abnabeln" jest sam w sobie niewinny i oznacza "odcięcie pępowiny". W połączeniu z przysłówkiem "spät" (późno) znaczy późne dokonanie tej czynności, czyli późne odcięcie pępowiny. Ale już utworzony od tego rzeczownik, czyli Spätabnabler jest słowem wrednym, złośliwym i stanowi przeszkodę absolutnie nie do pokonania dla biednego tłumacza. No bo jak jednym słowem nazwać to, co autor tej złośliwostki miał na myśli? Jak określić osobnika przejrzałego, ale nadal pasożytującego na łonie mamusi, bo mu dobrze, bo mama ugotuje, opierze, sprzątnie i za wszystkie swoje usługi nie weźmie ani grosza? Takiego, który mimo trzydziestki na karku nadal nie jest w stanie przeciąć pępowiny i pójść na swoje?... I tu się zdaję na Waszą inwencję. Propozycje zgłaszajcie w komentarzach. Czekam i jestem niezmiernie ciekawa, co tym razem wymyślicie! Może zainspirujecie się tabliczką hotelu Mama GmbH (dania zimne i gorące, kompleksowe usługi w zakresie sprzątania, doradztwo pedagogiczne i usługi wszelkiego rodzaju. Czynne: 24 h!)



Zdjęcie z fotocomunity.de

piątek, 6 lipca 2012

Jack Ketchum "Blutrot" ("Rudy") - po wąskiej grani zemsty

Wydawnictwo: Heyne Hardcore
Tytuł oryginału: Red
Data premiery: 03.11.2008
Ilość stron: 288
Cena: 8,95 euro
Polskie wydanie: lipiec 2012, wyd. Papierowy Księżyc ("Rudy. Prawo do życia")


Lubię Ketchuma. Nie za krew, bebechy i fizjologię, ale za dar opowiadania. W jego aktualnie wydanej noweli (bo powieść to trochę za dużo powiedziane) amatorzy brutalnej siekanki swoich ulubionych obrazów raczej nie znajdą, za to wszyscy inni napatoczą się na kawałek niepojącej prozy, która zasieje parę pytań o takie drobiazgi jak zemsta, sprawiedliwość, prawo do obrony koniecznej.

Historia sama w sobie jest banalna. Stary człowiek stoi na brzegu rzeki i łowi ryby. Towarzyszy mu pies - Rudy - leciwy już, ale wierny towarzysz - nie, przyjaciel. Leniwe letnie popołudnie przerywa nadejście trójki podrostków, uzbrojonych w sztucer. Chłopcy żądają od mężczyzny pieniędzy, a gdy ten przyznaje, że ma zaledwie dwadzieścia dolarów, i to nie przy sobie, a w zaparkowanym nieopodal samochodzie, jeden z nich strzela psu w łeb. I uruchamia lawinę wydarzeń jak z najgorszego horroru...

Mimo tego dramatycznego początku historia toczy się dalej nieco leniwym tempem, pozwalając jedynie domyślać się kierunku, w którym zmierza, ale nie bezlitosnej eskalacji przemocy, jaką się zakończy. Bo owszem, finał będzie brutalny jak z horroru. Jednak to, co porusza w tej opowieści, to nie krwawe sceny, ale nieuchronność. Czytelnik podświadomie przewiduje bieg wydarzeń, bezkomromisowy i nieodwołalny - choć przecież wydawałoby się, że wystarczyłoby tak niewiele, by nie dopuścić do najgorszego. W tej historii poruszają melancholijne nuty, pojawiające się podczas wplecionych tu i ówdzie retrospekcji z życia starego człowieka. Porusza zderzenie światopoglądu jak nie z tej epoki, sztywnego szkieletu moralnych zasad, z bezkompromisowym i płytkim światem antagonistów. Porusza niemoc systemu prawnego wobec wydarzeń takich, jak opisane. Porusza tragiczna odyseja człowieka, który nie pragnie wiele - może skruchy, może refleksji nad samym sobą, a gdy jej nie znajduje, - zwykłej sprawiedliwości.

I tu dochodzimy do jądra tej opowieści - do pytania o granice wolności, o prawo do zemsty i wymierzanie sprawiedliwości w sytuacji, gdy struktury cywilizowanego porządku prawnego zawodzą. A także o wąską grań, po której wiedzie ścieżka pewnych życiowych wyborów, o niewidzialną granicę, po przekroczeniu której nie ma już powrotu do normalnego świata, a pozostają już tylko nagie instynkty i zapamiętanie się w przemocy. To poruszająca historia, ale jednak chyba typowa dla Stanów Zjednoczonych. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło wydarzyć się w jednej ze starych europejskich demokracji... Czyżbyśmy mieli wszczepione inne zasady, odmienny moralny szkielet? I nie chodzi mi o bezmyślne okrucieństwo, będące wyzwalaczem tej historii, bo tego i u nas pod dostatkiem, ale raczej o sposób radzenia sobie z podobnymi zjawiskami - i na płaszczyźnie systemowej, i zwykłej, ludzkiej.

Niezależnie od tego, jakie pytania wzbudza ta opowieść - jedno trzeba jej oddać: jest świetnie napisana. Ketchum nie epatuje tanim dydaktyzmem, a koncentruje się na nastroju, na misternie budowanym napięciu, na doskonałych psychologicznych portretach. I za to go właśnie go lubię.

Dodam, że polskie wydanie zawiera jeszcze inną nowelę, "Prawo do życia", której w niemieckim wydaniu brakuje.

"Rudemu" daję piątkę (5/5).

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

środa, 4 lipca 2012

Na zachodzie bez zmian?...

O nowościach, starociach i osobliwościach na półkach niemieckich księgarni kryminalnych specjalnie dla ZwB pisze tłumaczka Agnieszka Hofmann

Boom na kryminały trwa. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, zaglądając do jakiejkolwiek księgarni za Odrą. Działy z literaturą kryminalną puchną, półki uginają się od nowości, wydawnictwa uwijają się i pracują pełną parą, by co miesiąc wypuścić na rynek 150 nowości kryminalnych, a czytelnik… No właśnie, co czytelnik na to? Waha się, przygnieciony zalewem nowalijek, czeka z utęsknieniem na kolejny tom ulubionego autora, a może kupuje w ciemno? Jak poradzić sobie wobec nieprzebranej mnogości pisarzy, podgatunków, stylów? Wybrać amerykański, mrożący krew w żyłach dreszczowiec o seryjnym mordercy? Zaufać klasykom i zdać się na spokojny angielski kryminał z gatunku whodunnit? Dać się porwać urlopowej fali i zauroczyć włoską siestą, przerwaną umiarkowanie krwawą zbrodnią? A może udać się w rodzime, przaśne rejony i pośmiać przy slapstickowych perypetiach alpejskiego policjanta?

Wybór jest ogromny, a wydawnictwa przekrzykują się jak przekupki na bazarze, zachwalające swój towar, którego jakość i świeżość nie zawsze dorównuje obietnicom. Można oczywiście zaufać listom bestsellerów, wśród których prym wiedzie niezawodna lista tygodnika „Spiegel”, odwzorowująca faktyczną sprzedaż i stan czytelniczych upodobań. Można podpytać panią w księgarni, ale gusta, wiadoma rzecz, są różniaste i to, co jednego porwie bez reszty, w innym wzbudzi niesmak lub pogrąży w bezdennej nudzie. Czasem sprawdzają się też strzały w ciemno, skutkujące spektakularnym odkryciem prawdziwej perełki. Czytelnicy Zbrodni w Bibliotece nie muszą się uciekać do tak drastycznych środków, wystarczy zajrzeć na portal i przeczytać artykuł o najnowszych trendach, modnych nazwiskach i sprawdzonych pewniakach. Zapraszam zatem na niemieckie salony księgarskie.

Czytaj dalej na portalu Zbrodnia w Bibliotece, gdzie ukazał się cały tekst.

wtorek, 3 lipca 2012

Mariusz Czubaj "Zanim znowu zabiję" - playlista XXL

Wydawnictwo WAB
Mroczna seria
Premiera: maj 2012
Liczba stron: 288
Cena: 36,90 zł



Nie macie dosyć tego całego futbolu?... A może brakuje Wam cowieczornego misterium z łaciatą skórzaną kulą w roli głównej?... Tak czy siak, bez piłki się nie obejdzie - nie w przypadku najnowszej powieści Mariusza Czubaja z Rudolfem Heinzem, polskim profilerem (a tak, mamy takich!) i arcymistrzem metafory, jak sam o sobie mawia. 

Cierpiących na futbolową awersję od razu uspokajam - to się da czytać i bez wielkiej namiętności dla piłki, czy sportu w ogóle, nawet jeśli powieść zahacza szerokim skrzydłem o piłkarskie rewiry. Mariusz Czubaj po prostu wstrzelił się w to, czym przez ostatnie tygodnie żyła Polska, licząc może trochę na porwanie i poniesienie przez futbolową falę. Po stronicach powieści nie skaczą jednak małe piłeczki... ale wyłaniają się z nich demony przeszłości. Tym razem Heinz będzie musiał się zmierzyć z kilkoma z nich - z Inkwizytorem, psychopatycznym zbrodniarzem, który raz już miał go w swoich szponach, a teraz, po ucieczce z psychiatryka, zamierza zapewnie dokończyć dzieło - w tym dzieło zemsty na Rudolfie, z piłkarską przeszłością paru podejrzanych, bowiem trop, który podejmuje nasz profiler, prowadzi w chlubne lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, a także z osobistym demonem numer jeden - własnym ojcem marnotrawnym, który po latach milczenia i nieobecności zwraca się do syna o pomoc w wyjaśnieniu zagadkowej samobójczej śmierci Jacka Kosa, piłkarza polskiej kadry.

Wątków jest kilka, a Heinz podejmuje śledztwo prywatnie, śmigając po Polsce to do Sandomierza, to do Warszawy, to do Darłowa, zbierając kawałki układanki i nie odrywając swego tropicielskiego nosa od śladu dziwnej sprawy o kryptonimie ZZZ, nawiązującej do słów, które skreślił zabójca, pozostawiając przed laty list: "Zróbcie to. Zanim znowu zabiję". Co krok pojawiają się tu nowe odsłony, które sprawiają, że w kręgu podejrzanych znajdzie się również własny ojciec Heinza. Intryga jest zgrabnie zakreślona, o przyjemnym stopniu zagmatwania, logicznie poprowadzona i rozwiązana, ale, prawdę mówiąc, niezbyt porywająca. Nie poniosła mnie przy lekturze tej książki żadna fala, nie obgryzałam paznokci i nie zarywałam nocy, by dowiedzieć się, kto jest mordercą. Parę wątków rozczarowało sztampowością i przewidywalnością - ten Inkwizytor! - i trochę się ten ukłon w stronę amerykańskich głupich thrillerów nie udał.

Co nie znaczy, że jest nudno czy miałko. Powieść jak najbardziej ma swoje walory - są cudowne polskie współczesne realia, łącznie z katastrofą smoleńską czy powodzią w Sandomierzu, są wplecione tu i ówdzie drobne zgryźliwości, którymi autor komentuje aktualne zjawiska czy wydarzenia, no i jest sam Heinz. O postaci profilera można powiedzieć dużo, można go lubić lub nie (to drugie jest zdecydowanie łatwiejsze), można się z nim zgadzać lub nie, ale jedno jest niezaprzeczalne: to bohater wyrazisty. Polaryzujący, owszem, wkurzający swoim osobistym rozmemłaniem (może pora już przestać użalać się nad samym sobą po śmierci ukochanej żony?...), irytujący tym wiecznym żłopaniem piwa i ssaniem e-papierosów, koniecznie o smaku chesterfieldów (dżizes...), wpadający czasem w rolę easy ridera, namiętnie słuchający muzyki (swoją drogą, czy ktoś się może pokusił o stworzenie playlisty wszystkich utworów, których Heinz wysłuchuje w tej powieści?...), jedzący śmieciowe jedzenie i tak dalej. Owszem, jest tu parę stereotypów, ale Heinz na pewno nie jest mdły, co dyskwalifikuje każdego porządnego książkowego detektywa. I za tą wyrazistość trzeba Mariusza Czubaja pochwalić, bo nie o każdym polskim (niepolskim zresztą też) śledczym da się to powiedzieć.

Wzburzonej fali namiętności nie było, ale był solidny kawał dobrej prozy, plasujący książkę raczej w górnych regionach kryminalnej skali. Jak dla mnie - kryminalnej wariatki - lektura obowiązkowa. I już czekam na kolejnego Heinza, wkurzającego następnymi gigantycznymi playlistami.

Moja ocena: czwóra, a jakże (4/5)!

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece


czwartek, 28 czerwca 2012

Erin Morgenstern "Nachtzirkus" (Night Circus) - a gdzie szczypta testosteronu?...



Wydawnictwo: Ullstein Hardcover
Data wydania: 15.03.2012
Język: niemiecki
Ilość stron: 464 Tytuł oryginału: The Night Circus
Cena: 19,99 euro
Nominacja do nagrody Mythopoeic 2012


Czasami ogarnia mnie chęć na coś nowego, ożywczego. Szukam wtedy lektury odmiennej od innych, przełomowej, nowatorskiej, intrygującej. Szperam w nominacjach do różnych literackich nagród, i niejednokrotnie zdarzyło się już, że odkryłam w ten sposób surowy diament, albo choćby niewielką, ale autentyczną perełkę. I tak to się stało, że kupiłam "Nocny cyrk", książkę-debiut amerykańskiej autorki Erin Morgenstern, nominowaną do Mythopoeic, wychwalaną pod niebiosa w Ameryce i w Niemczech. Dzwadzieścia euro nie w kij dmuchał, ale przynajmniej edytorsko książka całkowicie zaspokoiła mego czytelniczego zwierza - w twardej oprawie, w oszczędnych barwach, z subtelnymi hologramami, matowościami i glancem, które niestety na zdjęciu z wydawnictwa są kompletnie niewidoczne. Musicie więc w tym względzie uwierzyć mi na słowo.

A co z wnętrzem? Treść ukryta między szlachetnymi okładkami przy pierwszym ugryzieniu okazała się smakowita, intrygująca i niezwykła, czyli taka, jakiej szukałam. Rzecz dzieje się w dogorywającym dziewiętnastym wieku, a po Europie, nie, po świecie krąży cyrk. Cirque des Rêves nie jest zwykłym cyrkiem i nie mami jarmarcznymi atrakcjami. Pojawia się bez zapowiedzi, otwiera punktualnie o północy i oferuje niewidziane dotychczas dziwy, wysublimowaną magię, zapierające dech w piersiach sztuczki i artyzm - a wszystko to najlepszej jakości. Jak łatwo się domyślić, to, co pokazuje się widzom, to nie banalne kuglarstwo, ale najprawdziwsza magia, ukryta pod monochromatycznym płaszczykiem cyrku. I cyrk ów nie powstał, by czarować i zachwycać widzów, o nie. W gruncie rzeczy jest efektem pewnego zakładu, a nawet więcej - kulminacją odwiecznego zatargu dwóch magów, areną, na której ostatecznie zmierzą się ze sobą arcymistrzowie magii. Nie staną też w szranki osobiście. Clou tego zakładu jest wykształcenie ucznia, którego trzeba wykształcić w ten sposób, by pokonał rywala. I tak, przeciwniczką numer jeden zostaje Celia Bowen, córka jednego z obu magów, osóbka o wielkim naturalnym talencie, ale żywiołowej naturze i nieposkromionych emocjach. Jedną z ulubionych metod wpojenia dziecku dyscypliny przez tatusia jest codziennie obcinanie paluszków i przyglądanie się, jak adeptka radzi sobie z samodzielnym przywróceniem ciała do zwykłego stanu. Drugi z magów preferuje odmienną drogę - ucznia wyszukuje w sierocińcu i zamyka przed światem w otoczeniu książek, a młodziak odpowiednią magiczną wiedzę zdobywa sobie sam. Zakład przypieczętowany zostaje magią - przed potyczką nie ma ucieczki, a wygrać może tylko jeden...

Kto oczekuje jednak biegających i strzelających z różdżki innych wersji Harryego i Hermiony, ten puka do niewłaściwych drzwi. Autorka snuje swą opowieść nieśpiesznie, splatając ją z wolna ze strzępków scen, skacząc po czasie i miejscach akcji, delektując się oszczędnym konstruowaniem akcji. Przyznam, że początkowo dałam się oczarować jej magii, jej spływającym z pióra subtelnościom, zwiewnościom i mglistym, zatartym, onirycznym wizjom. Opis cyrku to maestria. Po stu pięćdziesięciu stronach ogarnął mnie jednak stupor, uszami zaczęły wychodzić piętrowe opisy wnętrz, potraw, ubiorów - finezyjne, ma się rozumieć, i przesłodkie. Strumień, który toczy swe wody leniwie, może się jednak zamienić w stojące i zalatujące zgniłym zapaszkiem bajoro, jeśli zatrzyma się na dobre. I tu mam wrażenie, że autorka tak się zapamiętała w swym tkaniu magicznego gobelinu, że umknęło jej parę elementarnych zasad budowania napięcia. Czego? Napięcia?... Tego tu ze świecą szukać. Przydałoby się tej powieści odrobinę testosteronu! Lekkiego przyspieszenia narracji, trochę więcej krwistych postaci, a nie papierowych wycinanek z albumu dla rozmarzonych nastolatek.

Nie ratują tej powieści nawet fajne bliźniaki, które przeszły na świat w cyrku i dorastają w magicznym otoczeniu, dopełniając perfekcyjnego widowiska. Nawet ci, którzy powinni być solą takiej historii, czyli geniusze zła, bezwględni magowie, są prawie nieobecni. Obiecany, iskrzący konfliktem i świetnie się zapowiadajacy wątek miłosny między Celią, a jej rywalem Marco, rozmywa się we wzdychaniach i staje niemal marginalny. Kunsztowna konstrukcja, którą wymyśliła sobie autorka, niestety nie zdaje próby. Zabrakło tu pazura. Nie tworzy się dobrej literatury z westchnień, mgiełek i magicznego migotania, jakkolwiek by zachwycały.

Niestety, rozczarowanie. Moja ocena: 2/5.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Arno Strobel "Das Wesen" ("Istota") - arcymistrzowska gra pozorów

Wydawnictwo: Fischer
Język: niemiecki
Data premiery: 11 listopada 2010
Ilość stron: 368
Cena: 8,95 euro


Znowu muszę polecić Wam książkę, której na polskim rynku (jeszcze) nie ma, ale autor i owszem, zaistniał efemerydowo wydanym przez Replikę thrillerem "Magus". (Ten jednak nie jest zbytnio reprezentatywny dla tego, co pisarz tworzy obecnie). Powieść "Das Wesen" ("Istota") pochłonęła mnie bez reszty, wciągnęła niczym trąba powietrzna i nie puściła aż do ostatniej sceny. Rzadko mi się ostatnio zdarzają takie książki, więc postanowiłam, z czystej złośliwości oczywiście, narobić Wam smaku, a może i skusić któregoś z wydawców...

Co takiego ma w sobie ta niepozorna książka, że nie da się jej odłożyć, dopóki nie pozna się odpowiedzi na zasiane przez autora pytania? Otóż ma ona napięcie, finezyjną, inteligentną grę pozorów i konstrukcję typu matrioszka, w której do końca nie wiadomo, czy to już ostateczna odsłona, czy też autor ma jeszcze w zanadrzu jednego asa.

Fabuła toczy się dwutorowo: w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to znalezione zostają zwłoki dziewczynki i współcześnie. Wówczas śledztwo prowadził  komisarz Menkoff, wspierany przez asystenta Seiferta, sprawcę schwytano i w poszlakowym procesie skazano na długoletnie więzienie. A był nim znany psychiatra, doktor Lichner, do samego końca upierający się przy swej niewinności. Drugi strumień akcji płynie trzynaście lat później, w 2009 roku, po wyjściu Lichnera na wolność. W wątku współczesnym policja otrzymuje anonimowy telefon, informujący o porwaniu dwuletniej dziewczynki. Rozmówca podaje tylko adres i rozłącza się. Na miejscu komisarz Menkoff i Seifert nie posiadają się ze zdumienia, kiedy drzwi otwiera im... Lichner, podobnie jak oni skonsternowany powtórnym spotkaniem. Lichner o żadnym porwanym dziecku nic nie wie. Sąsiadka potwierdza jednak, że w mieszkaniu obok, w koszmarnej i zapuszczonej ruderze, gdzie jedynym pomieszczeniem, do którego da się wejść bez wstrętu, jest odnowiony pokój dziecka, widywała czasem małą dziewczynkę, a pod danym adresem faktycznie zameldowana jest dziewczynka, będąca rzekomo córką Lichnera. Psychiatra zaprzecza kategorycznie, jakoby kiedykolwiek miał dzieci. Śledztwo ujawnia jednak, że rzeczone dziecko jednak przyszło na świat dwa lata temu, jednak już wkrótce okazuje się, że wpis szpitalny został sfingowany. Sąsiadka przyznaje również, że została przekupiona, by powiedzieć policjantom o dziecku. Kto i co próbuje zataić? Kto wrabia Lichnera i dlaczego? Kto pociąga za sznurki w tej piekielnej grze pozorów?

Krok po kroku okazuje się, że Lichnera łączyło z komisarzem więcej. Przed skazaniem psychiatra miał przyjaciółkę, Nicole Klement. To ona przyczyniła się w dużej mierze do skazania, podając obciążające Lichnera zeznania i dostarczając decydującej poszlaki. Menkoff jakiś czas później sam związał się z piękną Nicole, związek ten jednak nie przetrwał próby czasu -  Nicole była niełatwą partnerką. Okazuje się jednak, że po wyjściu z więzienia doktor Lichner znowu jest z Nicole... Menkoff gubi się w domysłach i przypuszczeniach, natomiast Seifert coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że Lichner być może naprawdę siedział za nic, a osobą, która mogła się do tego przyczynić, był jego zwierzchnik. Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Nicole? Czy Lichner faktycznie zamordował trzynaście lat temu dziecko? A może został skazany niesłusznie, a morderca nadal jest na wolności? Kto jest autorem tej wyrafinowanej psychologicznej gry?... Autor bawi się z czytelnikiem, wodzi go za nos, nie pozwala uwierzyć w żaden wariant, podważa prawdy i półprawdy, a to, co wydawało się pewnikiem, za moment staje się stertą gruzów, spod której wyłania się prawda... Czyżby?...

Sposób, w jaki autor buduje tę skomplikowaną konstrukcję, jest genialny, wysublimowany, finezyjny. Niepozorna książka okazała się jednym z lepszych psychologicznych thrillerów, jakie czytałam, i nie ma w tym ani słowa przesady. Znakomicie wykreowana została postać Menkoffa, który ściga Lichnera ze wściekłą zajadłością niczym najgorszego wroga, ślepy na logiczne argumenty i niezdolny do rozsądnych działań, zwłaszcza, gdy w kulminacyjnej części tej historii zostaje uprowadzona jego własna córeczka. Doktor Lichner zaś to typ obrzydliwie arogancki i zadufany w sobie, nieprzeciętnie inteligentny i spoglądający na wszystkich z wyższością. Cudowny, zażarty pojedynek dwóch gladiatorów śledzi i relacjonuje Seifert - to z jego ust dowiadujemy się zarówno o wydarzeniach sprzed parunastu lat, jak i o aktualnych, coraz bardziej dramatycznych i poplątanych okolicznościach sprawy. A skołowany czytelnik chłonie to wszystko, zadając sobie pytanie: to jak naprawdę było? Po lekturze uświadamia zaś sobie relatywizm prawdy, ze wstydem przyznając, że dał się zmanipulować...

Jeśli zaakceptujemy również zakończenie (no... powiedzmy, że tak faktycznie mogło być...) to okaże się, że to świetna pozycja. Strobl przekonał mnie do siebie, bez dwóch zdań, i zamierzam już wkrótce rzucić się w jego objęcia po raz drugi. I trzeci... I czwarty też, bo autor szykuje na jesień kolejny kryminał...

Moja ocena: piąteczka (pal sześć zakończenie, ważne było trzysta pięćdziesiąt stron wypełnionych dreszczem emocji!): 5/5.

Swoją drogą, ostatnio trafiają mi się znakomite książki... Dawno żadnej trójeczki nie wystawiłam, nie mówiąc o pałach...