Ads 468x60px

środa, 9 maja 2012

Mój gniew musiał znaleźć ujście



Mała dokładka do poprzedniego postu: dziś na stronie wydawnictwa Initium ukazał się mój wywiad z autorką Inge Löhnig. Możecie go przeczytać tutaj. Zapraszam do lektury!

poniedziałek, 7 maja 2012

Nowa twarz na kryminalnej scenie - Inge Löhnig każe płacić za grzech


Wydawnictwo Initium
Premiera: 16.05.2012
Ilość stron: 368


„Trzymająca w napięciu lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników powieści kryminalnych z charyzmatycznym śledczym w roli głównej. Według mnie – najlepszy debiut roku.” - Sebastian Fitzek
 
"Zapłatą będzie śmierć"  

Jakob...
Znalazła go zapamiętała biegaczka. Był nagi, przywiązany do pala i złożony na stosie... Czy miał być współczesnym Izaakiem, ofiarą całopalną? Dlaczego sprawca odstąpił od swego dzieła?... Kruczoczarny kruk - powiedział Jakob. Uprowadził go kruczoczarny kruk. Chłopiec nie odezwał się potem ani słowem.
Agnes...
Przed czym ucieka? Co ją goni? O czym chce zapomnieć? Czego szuka w tej sennej bawarskiej wiosce? Agnes, biegaczka. Agnes, graficzka. Agnes, czysta. Jaką rolę odegra w tej historii? Czyje serce zdobędzie, choć ostatnią rzeczą, jakiej pragnie, jest nowy związek?
Kallweit...
Kiedyś uczył dzieci w miejscowej szkole. Dziś jest na emeryturze i lubi fotografować przyrodę. Czy tylko przyrodę? Kallweit lubi dzieci...
Dühnfort...
Miał zostać prawnikiem, jak ojciec, gwiazda hamburskiej palestry. Nie potrafił pogodzić się z myślą, że miałby do końca życia pomagać zbrodniarzom uniknąć kary. Został policjantem. Ma słabość do gorzkiej czekolady i dobrej kawy. Sybaryta. Tylko z kobietami mu się nie układa... Czy znajdzie tego, kto uprowadził Jakoba, zanim stanie się coś gorszego?...
"Zapłatą będzie śmierć" to świetny, dobrze skonstruowany kryminał. Nic nie jest w nim takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. Jest za to stopniowo budowane napięcie, są osobiste dramaty bohaterów, jest przeszłość, przed którą nie można uciec, jest policjant, zwykły człowiek, nie obdarzony nadnaturalnymi zdolnościami superglina, są tematy niewygodne, bolesne, jątrzące. Jest zbrodnia, za którą ktoś musi zapłacić... Tylko kto?

Kim jest Inge Löhnig?

Urodziła się w 1957 roku Monachium. Ukończyła wzornictwo na renomowanej Akademii U5 i przez wiele lat pracowała jako graficzka i designerka. Zwieńczeniem jej kariery było stanowisko art directora w renomowanych agencjach reklamowych.

Zaczęła pisać pod wpływem impulsu. Po przerwanej lekturze zachwalanej powieści kryminalnej, która biła rekordy sprzedaży, stwierdziła, że ją samą stać na więcej. I dotrzymała słowa. Jej debiutancka powieść "Der Sünde Sold" nie powstała od razu, ale rodziła się w bólach, poprawiana i pisana od nowa. Nie było łatwo znaleźć wydawcę. Ale udało się. W październiku 2008 jej powieść z komisarzem Konstantinem Dühnfortem wyszła w wydawnictwie Ullstein. Krytycy i czytelnicy byli zgodni - to świetny debiut. W międzyczasie powstały już cztery tomy serii o komisarzu, a pierwszy z nich, "Zapłatą będzie śmierć", ukazuje się w połowie maja i w Polsce.


Inge Löhnig
Dziś Inge Löhnig nie pracuje już jako graficzka. Pisze powieści w swoim domu pod Monachium, który zamieszkuje wraz z rodziną i sędziwym kotem. Najlepiej jej się pisze o świcie, kiedy dom pogrążony jest w ciszy, a myśli płyną spokojnym strumieniem. Pracuje na komputerze, a w skupieniu pomaga jej zielona herbata, którą pije litrami.

Jest sympatyczną, ciepłą osobą, potrafi świetnie opowiadać, przyciagnąć uwagę słuchacza i przygwoździć go świdrującym, inteligentnym wzrokiem. Spotkałam ją w styczniu tego roku na wieczorze autorskim w monachijskiej księgarence "Glatteis". Porozmawiałyśmy chwilę, pani Löhnig złożyła autograf na moim egzemplarzu "Zapłaty". Nie posiadała się z radości, że jej powieść ukaże się w Polsce.


Ma rzeszę wiernych fanów, którzy czekają na każdy kolejny tom o Dühnforcie. Wkrótce ich grono poszerzy się o polskich czytelników.

piątek, 4 maja 2012

Agata Chróścicka "Kontener" - a kontener okazał się... pusty


Seria: Mroczna Seria
Wydawnictwo: W.A.B.
Cena : 36,90 zł
Premiera: 01.06.2011

No i chce mi się sparafrazować mistrza - jak zachwyca, jak nie zachwyca... Przeczytałam "Kontener" mieszkającej w Holandii dziennikarki Agaty Chróścickiej, początkowo pełna radosnego oczekiwania, potem coraz bardziej zirytowana i znudzona, by z trudem dobrnąć do końca, kręcąc głową z niedowierzaniem. Czyżbym znowu przeczytała inną książkę, niż - nieliczni wszak, to trzeba przyznać - recenzenci?...

A początek naprawdę jest udany. Zapyziały port gdzieś w Afryce, typowa spelunka "Chez Annabel", a w niej topiący smutki w kiepskim miejscowym piwie Marco la Salle. Jest tu trochę tajemnicy - kim jest Marco, co robi w tym miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc - są dobre dialogi, ciekawa konfliktowa sytuacja, pozwalająca mieć nadzieję, na szybki, wciągający thriller. I konsternacja. Marco, wplątany w knajpianą bójkę, trafiony butelką Chivas, żegna się z tym światem, pozostawiając zdezorientowanego i rozczarowanego czytelnika. A zapowiadał się taki fajny bohater.
  
Zamiast niego na arenę wkracza mdły Anglik Paul Affleck i polska dziennikarka, piękna - a jakże - i nieustępliwa Anna Niezgoda. Ich losy splatają się, gdy oboje, niezależnie od siebie wpadają na trop wielkiego przekrętu. Przekręt jest podły i niecny, wszak chodzi o obrzydliwie bogaty europejski koncern farmaceutyczny i miliony umierających na AIDS mieszkańców Czarnego Lądu. Pomysł nienowy, wspomnieć choćby arcymistrza thrillera szpiegowskiego Johna Le Carre'a, wymienionego zresztą w powieści. I dobrze, że autorka wzoruje się na najlepszych. Źle, że robi to nieudolnie. Średnio inteligentny czytelnik już po pierwszych pięćdziesięciu stronicach zorientuje się, o co w tym wszystkim chodzi. Autorka zdradza zbyt wiele, zabijając tym samym najważniejsze - intrygę, zagadkę, czynnik nieznany.

A przy tym założenia, fundamenty tej historii nie są złe. Autorka przenosi czytelnika w atrakcyjne ośrodki władzy i pieniędzy, dość swobodnie poruszając się po Londynie i Bazylei, choć są też Kanary i... Gdynia. Ale piękne miejsca to nie wszystko. Dobry thriller powinien zasadzać się na umiejętnie dozowanym miksie wiarygodnych realiów (powiedzmy, że to się udało), fachowej, skrupulatnie sprawdzonej wiedzy (tu czułam pewien niedosyt - dla mnie napisanie, że fachowiec od komputerów złamał zabezpieczenia systemu i włamał się do niego, to trochę zbyt powierzchowne), ciekawych, konfliktowych postaciach (niedosyt - nijaki Paul i dziennikarka, dwójka amatorów, którzy bez większego trudu radzą sobie z wyrafinowanymi, złymi do szpiku kości, dysponującymi nieograniczonymi środkami złoczyńćami), skomplikowanej, zaskakującej intrydze (porażka - to, z czym mamy tu do czynienia jest proste jak konstrukcja cepa), nie mówiąc o dobrym, wyważonym zakończeniu, które powinno wprawić czytelnika w osłupienie i usatysfakcjonować (ani jedno, ani drugie u mnie podczas lektury nie wystąpiło).  

Roi się tu od przewidywalnych do bólu schematycznych wątków, poczynania bohaterów są wiadome ze sporym wyprzedzeniem, przy czym motywy ich działania nie zawsze spójne i wiarygodne. Nie przekonuje mnie akcjonizm biurowego ogiera, który większość życia spędził za biurkiem. Dziwi upór dziennikarki, z jakim śledzi przekręt dziennikarka (tylko ambicja zawodowa?...) i łatwość, z jaką gromadzi informacje.

Wszystko to sprawia, że powieść, niestety, jest potwornie nudna, a to grzech niewybaczalny w powieści sensacyjnej. Efektu nie poprawiają także dość rozwlekłe i niepotrzebne w szybkim w zamierzeniu trhillerze dywagacje o tym, czy o tamtym. Spotkania paulowych przyjaciół w knajpie i ich dyskusje o niczym to już gwóźdź do trumny.

Szkoda, bo widzę w tej książce spory potencjał. Ten pomysł można było upakować w atrakcyjniejszą formę. Odrobina przyspieszenia, a przede wszystkim wstrzymanie się z podaniem zbyt wielu informacji o przekręcie zaraz na początku na pewno by się tej historii przysłużyło. Myślę też, że i najlepsza postać tej powieści, Marco la Salle, nie powinien umierać zaraz na pierwszych stronicach, bo się autorce wyjątkowo udał.

Na zakończenie zacytuję fragment, który wyjątkowo mnie zachwycił i który dowodzi, że autorka jak najbardziej potrafi pisać:

"Doskonale zbalansowany owocowy charakter o wyczuwalnej obecności ostrych przypraw. Nuty lemonki, moreli, ananasa i marcepanu. Pozostawia posmak łagodny, słodko-gorzki, z nutami wanilii, gorzkich pomarańćzy i odrobiny alkoholu. Wybitny."

Kto zgadnie, o jakim napoju tu mowa?...

Moja ocena: z wielkim żalem daję dwójkę (2/5)

Baza recenzji sydykatu Zbrodni w Bibliotece

środa, 2 maja 2012

Majówka po bawarsku - leniuchowanie nad Schliersee


Cóż to był za cudowny dzień!

Naszym celem było właściwie Tegernsee, ale ten sam genialny pomysł stał się udziałem tysięcy głodnych wypoczynku mieszkańców połowy górnej Bawarii, więc po paru dobrych kilometrach od zjazdu z autostrady, natknąwszy się na ślamazarną kolejkę wozów, zmierzających w góry, w góry, w góry odbiliśmy w kierunku Schliersee, jeziorka tak samo malowniczego, ale położonego nieco na uboczu i nie aż tak tłamszonego przez turystyczną stonkę. 

Schliersee to nieduże jezioro w bawarskich Alpach, położone okoł 50 kilometrów na południowy wschód od Monachium i miejscowość o tej samej nazwie, licząca nieco ponad 6 tysięcy mieszkańców. Położone jest na wysokości ok. 770 m n.p.m., natomiast widoczne najbliższe szczyty, takie jak Aiplspitz, Brecherspitz i Bodenschneid mają po ok. 1600-1700 metrów (ale zrezygnowaliśmy ze wspinaczki, ze względu na późną porę, śnieg na szczytach i... lenistwo).
Naszy leniwy spacer po miasteczku zaczął się sielsko... Widok szczęśliwych krów wprawił nas w osobliwy błogostan, którego nie był w stanie zakłócić nawet następujący widok:

Krowie placki należą do reliktów naszej rzeczywistości (no, może nie w Bawarii...), w każdym razie spotkały się z żywym zainteresowaniem naszych nastoletnich mieszczuchów.


Nad brzegiem jeziora wije się wysypana żwirkiem ścieżka, na którą tego dnia wyległy stada spragnionych słońca i górskiego powietrza miejscowych i przyjezdnych. Naszym oczom co krok ukazywały się urokliwe bawarskie landszafty, lukrowate domki z pomalowanymi w postacie świętych fasadami, zakamarki wysprzątanych podwórek i tarasy ogródków piwnych wypasionych pensjonatów.


Budynek miejscowego teatru ludowego zachwycił nas architekturą i malowidłami ściennymi...


Miasteczko miało też parę innych atrakcji, jak choćby piekielne maszyny harleyowców, znęconych pogodą na kręte alpejskie drogi:

...a także rejs stateczkiem po jeziorze (nie skorzystaliśmy, woląc łapać promienie słońca na tarasie kawiarni "Monte Mare" i racząc się kawą oraz wyśmienitymi lodami.

Wycieczka pozostanie na długo w naszej pamięci oraz na biodrach i brzuszku. Następnym razem wybierzemy się świtem, by niczym kozice pomykać po alpejskich szczytach, zrzucając nabyte wczoraj kilogramki...




... w nie mniejszym stopniu niż nieduża gospoda o czarującej nazwie "Weißwurstglöckerl" (ów dzwoneczek z nazwy oberży wisiał sobie nad kontuarem i miał gabaryty sporego arbuza), gdzie spożyliśmy lekkostrawne bawarskie specjały (rybka z jeziora była jeszcze ok, ale wątróbka z grilla z cebulką... wprawdzie niebo w gębie, ale nie chcę wiedzieć, ile miała kalorii).

niedziela, 29 kwietnia 2012

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 18/2012


Minął ponad miesiąc i znowu zaglądamy na listę bestsellerów tygodnika Spiegel. Już dziś notowanie z jutrzejszego poniedziałku, z 30 kwietnia 2012.

Wydania kieszonkowe (Taschenbücher):

1. Nicolas Barreau Das Lächeln der Frauen (pol. -)
2.  Wolfgang Herrndorf Tschick (pol.-)
3. Nele Neuhaus Unter Haien (pol.-)
4. Elizabeth George Wer dem Tode geweiht (pol.-)
5. Ken Follet Sturz der Titanen (oryg. Fall of the Giants, pol. 2010 Upadek gigantów)
6. Charlotte Link Der Beobachter (pol.-)
7. Luca Di Fulvio Der Junge, der Träume schenkte (pol.-)
8. Klaus-Peter Wolf Ostfriesenangst (pol.-)
9. Joy Fielding Das Verhängnis (oryg. Wild Zone, pol. 2011 Strefa szaleństwa)
10. Charlotte Link Der fremde Gast (pol. -) 
Na pierwszym miescu spektakularne wywindowanie się francuskiego autora i jego książki Das Lächeln der Frauen (dosł. Uśmiech kobiet). Podobno jest to ulubieniec damskiej części czytelników, pisujący książki romantyczne, dowcipne i pogodne. Nie znam, w Polsce też jeszcze nieznany, choć podejrzewam, że już niedługo ktoś go odkryje i Nicolas Barreau podbije serca dam i u nas.
Na uwagę zasługuje ponowne wykatapultowanie się na czołówkę rankingu poczciwego Kena Folleta i jego Upadku gigantów. Książka okupowała już listę Spiegla w 2010 roku, ale wtedy to było wydanie w twardej oprawie, które kosztowało jakieś koszmarne pieniądze (jeśli się nie mylę, 29,90 euro). Teraz wyszło w wersji kieszonkowej i zawojowało listę ponownie.
No i nie sposób nie wspomnieć o znanej i lubianej także i w Polsce Charlotte Link, która produkuje bestseller za bestsellerem i upakowała na liście dwie ze swych powieści: przedostatnią Der Beobachter (Obserwator) i najnowszą, wydaną w kwietniu, Der fremde Gast (Obcy przybysz). Co za fenomen! Myślę, że obydwie nowości już wkrótce trafią i na polski rynek.
Wydania w twardej oprawie (Hardcover):

1. Jonas Jonasson Der Hunderjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand (pol. Stulatek, ktróry wyskoczył przez okno i zniknął)
2. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 2. Gefährliche  Liebe (oryg. The Hunger Games 2 Catching Fire, pol. W pierścieniu ognia)
3. Suzanne Collins Die Tribute von Panem. Tödliche Spiele (pol. Igrzyska śmierci)
4. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 3. Flammender Zorn (oryg. The Hunger Games Mockingjay, pol. Igrzyska śmierci 3, Kosogłos
5. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (oryg. Alfabethuset, pol. -)
6. Sarah Lark Die Tränen der Maori-Göttin (pol.-)
7. Dora Heldt Bei Hitze ist es wenigstens nicht kalt (pol. -)
8. Jean-Luc Bannalec Bretonische Verhältnisse (pol. -)
9. Nicholas Sparks Mein Weg zu dir (oryg. The Best of Me, pol. 2011 Dla ciebie wszystko)
10. Arne Dahl Gier (pol. -)

Pierwsze miejsca bez zmian, dlatego skupię się na drugiej piątce. Na listę wdarły się dwa nazwiska, które na pierwszy rzut oka wydają się mało niemieckie, okazuje się jednak, że to zmyłka. Pierwsze z nich to Sarah Lark, Niemka pisząca pod pseudonimem i specjalizująca się historycznych sagach osadzonych w dość egzotycznych scenariach (głównie Nowa Zelandia). Powieść, która teraz zawitała na liście, jest częścią trylogii "Maori". Warto nadmienić, że polscy czytelnicy mieli już okazję ją poznać wydaną przez wydawnictwo Sonia Draga powieścią "W krainie białych obłoków".
Druga zmyłka to Jean-Luc Bannalec i jego debiutancki kryminał Bretonische Verhältnisse. Bannalec jest synem Francuza i Niemki i publikuje po niemiecku. Trochę to osobliwy debiut - w końcu ostatnio ukazało się naprawdę sporo świetnych powieści kryminalnych, a tu niepozorna i niezbyt dobrze oceniona przez krimi-couch książka wdziera się przebojem na listę. Może to kwestia tytułu i urlopowej okładki, które nastrajają niemieckich czytelników urlopowo...
Ze znanych nazwisk wymienię jeszcze Nicholasa Sparksa, specjalisty od łzawych powieścideł z przesłaniem, i jego książkę, wydaną w 2011 (ha! Polacy byli szybsi!) Dla ciebie wszystko.
 

piątek, 27 kwietnia 2012

Mark Allen Smith "Der Spezialist" - specjalista od tortur, do usług


Wydawca: Bastei Lübbe
Ilość stron: 352
Data premiery: 22.02.2012
Tytuł oryginału: "The Inquisitor"
Cena: 14,99 euro

"Zależy ci na pewnej informacji? Znasz osobę, która ją posiada, ale milczy jak zaklęta? Ja się tym zajmę. Ja zawsze wydobywam prawdę. Bowiem jestem specjalistą.
Jednak mam swój kodeks. Nie pracuję z dziećmi. Pewnego dnia otrzymałem zlecenie, które kłóciło się z moim kodeksem. Skutki były fatalne. Dla zleceniodawcy.

Nazywam się Geiger. Gram na skrzypcach. Torturuję ludzi."

Tyle informacja wydawcy.To i ta słodka okładka (która wykonana jest z transparentnej kliszy przypominającej zdjęcie rentgenowskie) wystarczyły, bym kupiła tę książkę. I bingo - trafiłam na jeden z najlepszych sensacyjnych thrillerów, jakie przeczytałam w życiu. Nie przesadzam ani krztyny. 

Nazywam się Hofmann. Tłumaczę książki. Piszę recenzje.

Geiger zarabia na życie, wydobywając z ludzi informacje. Przy tym, szczycąc się sławą najlepszego specjalisty w tym fachu, rzadko zdarza mu się przelać choćby kroplę krwi. Zazwyczaj do tego nie dochodzi. Bowiem on, właściciel firmy Information Retrieval, ceniony przez międzynarodowe korporacje, rozmaite agencje rządkowe i zorganizowane grupy przestępcze, wie, którą nutę poruszyć w Jonesie (jak nazywa każdą swą ofiarę), żeby otrzymać to, czego chce klient.

Geiger tak naprawdę nie nazywa się Geiger. Pewnego dnia na początku swojego nowego życia, kiedy, wysiadłszy z autobusu w Harlemie, nie pamiętając kim jest, przystanął przed księgarnią. Spodobało mu się nazwisko na jednym z albumów H.R. Giger. Dodał jedno "e" dla symetrii i miał już nazwisko. Geiger cierpi na regularnie powracające migreny. Kiedy następuje atak, a on, wstrząsany bólem, nie jest w stanie myśleć, chowa się w szafie, której wnętrze stanowią lustra i słucha muzyki. Chadza do psychiatry. Podczas sesji nie zdradza ani słowa o swym życiu. Opowiada tylko sny. Nigdy nie był w żadnym fastfoodowym barze. Nie zażywa środków przeciwbólowych, choć to ból stworzył go takim, jakim jest. Kim jest? I dlaczego taki się stał? Na te pytania odpowiedzi otrzymamy tylko częściowo.

Nie myślcie jednak, że ta książka epatuje brutalnymi scenami tortur. Nie spodziewajcie się bezmyślnej rąbanki, rozbryzgów krwi i smrodu ekstrementów. Geiger działa w bardziej wysublimowany sposób.

Ale to dopiero wstęp. Bowiem Geiger nie łamie swojego kodeksu. Kiedy więc pewnego dnia, zamiast mężczyzny, posiadającego rzekomo informację o skradzionym obrazie, zleceniodawca dostarcza dwunastoletniego chłopca, sytuacja komplikuje się. I nagle role się odwracają. Geiger odmawia wykonania zlecenia, przez co sam staje się Jonesem i trafia w łapy konkurencji - Daltona, specjalisty od tortur, który stosuje inne, mniej wyrafinowane metody. Czy równie skuteczne? Dokąd zaprowadzi Geigera sesja u Daltona? Czy uda mu się wedrzeć w pokłady przeszłości pogrzebanej pod warstwami niepamięci? Czy uda się uratować dwunastolatka? Jaką niebezpieczną wiedzą dysponuje jego ojciec, że stał się celem bezwzględnych killerów? Kto ich nasłał?

To świetny sensacyjny materiał, upakowany w atrakcyjną, niesamowicie wciągającą i bardzo aktualną fabułę (może po lekturze innym okiem spojrzycie na WikiLeaks i Assange'a). To czysta adrenalina, nerwy napięte do ostateczności, nieprzespana noc. To wreszcie wysublimowany portret niezwykłego człowieka, skrywającego w sobie tajemnicę, której nie może rozgryźć nawet on sam. To wyjątkowy język, dojrzały, pełen wysmakowanych wyrażeń, trafnych figur retorycznych, niepospolity. To po mistrzowsku poprowadzona fabuła. Głębokie, trójwymiarowo zarysowane nietuzinkowe postaci. To nieprzesłodzone zakończenie, które pozwala mieć nadzieję na więcej Geigera. To jest odkrycie roku.

Na razie moja entuzjastyczna recenzja jest skierowana do anglo- lub innojęzycznych - nie widziałam tej książki w zapowiedziach żadnego wydawnictwa. Wydawcy, bijcie się o licencję, bo jest o co, a jeśli zaśpicie, konkurencja sprzątnie wam sprzed nosa jeden z najlepszych thrillerów na rynku!

Moja niekłamana ocena: piątka, piątka z plusem! (5/5)

środa, 25 kwietnia 2012

Adam Zalewski "Małe miasteczko" - myślisz, że znasz sąsiada?...


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 13.04.12
Ilość stron: 424
Cena: 34  PLN

Pierwsze zdanie: "Louis Brewster z lubością wyciągnął nogi i oparł stopy na drewnianym taborecie stojącym kilkanaście cali od elektrycznego grzejnika".

Przesadą byłoby nazwanie Adama Zalewskiego mistrzem budowania nastroju, polskim Kingiem czy wręcz Ketchumem. Z tymi porównaniami to w ogóle jest tak, że częściej krzywdzą one porównywanego, niż dodają mu splendoru. Bo przecież King jest Kingiem, a Zalewski pozostanie Zalewskim, nawet jeśli obaj z lubością przedstawiają w swych książkach zaspaną, amerykańską prowincję, gdzie zło również przysypia, po to, by czasem się obudzić...

Z nieufnością podchodzę do polskich adeptów pióra, którzy osadzają akcję swych powieści w nieznanych im rejonach. Pisałam już o tym przy okazji recenzowania "Miasteczka Nonstead" Mortki, ta sama refleksja nasuwa mi się i teraz. Solą dobrej powieści są wszak realia, drobiazgi dodające autentyczności, stanowiące o tym, że czytelnik w magiczny sposób przeniesiony zostaje w inny świat, inną epokę, inną rzeczywistość. Zalewski, zafascynowany Ameryką, chętnie zakorzenia fabułę swych powieści w Stanach Zjednoczonych. Czy mu się ta amerykańskość udaje? Przyznam, że u Mortki te realia były wyraźniejsze, bardziej dosłowne i widoczne, i to nie tylko kwestia rzucania co parę zdań nazwą amerykańskiego supermarketu albo marką ciasteczek, których w Europie nie uświadczysz. U Zalewskiego małe amerykańskie miasteczko jest bardziej anonimowe, bardziej no name. Co nie znaczy, że autor nie potrafi zbudować atmosfery. Robi to doskonale.

Jego miejscowość o nazwie Abraham jest opisana w plastyczny, malarski sposób, tak realistyczny, że zdaje się wyrastać tuż przy nas, wyraźna w każdym detalu. Małe miasteczko, jego mieszkańcy, żyjący swym życiem, pogodzeni z nim, czasem samotni, niemal zawsze szczęśliwi - sielankowy, wyidealizowany życia z dala od wielkomiejskiego zgiełku, wyścigu szczurów, stresu i gonitwy za karierą i pieniądzem, swoisty wzorzec tego, za czym tęskni mieszczuch. Gdzie indziej lazurowy ocean nieba łączy się ze szmaragdowym oceanem traw? Gdzie znajdziesz jeziora i strumienie tak pełne ryb jak w Sand Hills? Rodea, popularne stanowe jarmarki, muzyka country i polowania na dzikie ptactwo. (...) Nebraska. Gdzie indziej spróbujesz lepszej wołowiny z grilla? Gdzie znajdziesz słodszą kukurydzę? Miasteczka, w których postęp techniki nie potrafił odebrać klimatu dawnych dobrych czasów - rozległe i nadal urocze. Ulice tonące w zieleni, małe, otoczone drzewami domki z huśtawkami na drewnianych werandach i podwórka, na których bawią się piegowate dzieciaki o krzywych zębach. (...) Dookoła twardzi, lecz serdeczni ludzie, wychowani w szacunku dla tradycji (...). Aż się chce pakować walizki i wyjeżdzać na amerykańską prowincję, prawda?

Autor maluje ten słodki obraz powoli, lecz wytrwale, żmudnie powołując na stronice powieści galerię postaci, typowych dla tego małomiasteczkowego światka. Jest zatem owdowiała bibliotekarka, odkrywająco na nowo uciechy cielesnego obcowania z mężczyzną, jest poczciwy listonosz - przyjaciel całego świata, jest stary dziwak, pisujący "dyrdymały" i posiadający najlepszy księgozbiór w okolicy, jest szeryf, banita z wielkomiejskiego Baltimore, w gruncie rzeczy uczciwy i serdeczny chłop, jest chłopak-odludek z patologicznej rodziny, rozpaczliwie tęskniący za przyjaźnią... można tak kontynuować w nieskończoność. Kalejdoskopowo poznajemy te postacie, zatrzymując się na dłużej na paru z nich, śledząc ich poczynania i zgłębiając psychologiczny rys, dawkowany stopniowo i od niechcenia, jakby autor, zarażony małomiasteczkowym niespiesznym rytmem, miał nieskończenie wiele czasu na przedstawienie swoich bohaterów. I tak pomalutku, krok po kroku, toczy się ta historia, bo trudno nazwać akcją gawędziarskie tkanie tej opowieści. Tylko gdzieniegdzie autor rzuca gdzieś jakąś uwagę, pozwalającą domyślać się, że za tą przesłodzoną fasadą drzemie coś gorszego, a codzienne kłopoty i znoje mieszkańców Abraham przerwane zostaną dramatycznymi wydarzeniami. 

I faktycznie następuje eskalacja - zgodnie z konwencją powieści grozy paralelnie z erupcją sił natury, żywiołu, tornada, które regularnie nawiedza idylliczne okolice. W miasteczku zaczynają ginąć dzieci - najpierw nastolatka, potem czterolatek, na koniec dwunastoletnie bliźnięta. Kto jest zbrodniarzem?... Podejrzany może być każdy i oczywiście na pierwszy ogień idzie ten, który nie przystaje do tej małomiasteczkowej społeczności. Wychodzą tu na jaw mechanizmy ostracyzmu, procesy, rządzące w niewielkich, zamkniętych grupach i doprowadzające niekiedy do linczów. Ten wątek akurat bardzo mi się spodobał i szkoda, że autor nie rozbudował go bardziej. 

Można tu też znaleźć echa europejskiej dyskusji nad granicami samosądu i moralnego usprawiedliwiania poczynań organów ścigania, stojących w oczywistej sprzeczności z oficjalną wykładnią prawa, a jednak wszechobecych, w Ameryce w dużo większym stopniu niż "cywilizowanej" Europie. I tak do końca nie wiem, jakie stanowisko w tej sprawie zajmuje autor, a jego wątek "specjalisty od trudnych przesłuchań" czy jest on cichym przyklaśnięciem dla wrodzonego poczucia sprawiedliwości prostego ludu i egzekwowania go bez oglądania się na oficjalne struktury czy zawoalowanym potępieniem owych praktyk...

Nie jest to klasyczny kryminał, toteż, mimo że zagladamy przez ramię szeryfowi i śledzimy jego poczynania, niewiele tu z typowego policyjnego śledztwa. Autor skupia się na psychologicznej warstwie, zagląda w umysły mieszkańcom i to jest niezły zabieg, choć sama narracja miejscami wydała mi się zbyt dosłowna, zbyt bezpośrednia i oczywista. Jedno lub dwa niedopowiedzenia więcej dodałoby tej powieści swoistego smaczku i pozostawiło nieco więcej pola na domysły.

Zakończenie specjalnie nie zaskakuje, choć autor przygotował na sam koniec małą niespodziankę.

Mimo tych wszystkich niedociągnieć książkę czyta się dość gładko, a mnie samej dostarczyła ona kilku chwil niekłamanej przyjemności, kiedy kontemplowałam ten wysoce atmosferyczny obraz amerykańskiej prowincji, a pod koniec z kołataniem serca śledziłam przyspieszającą akcję. Dla fanów stopniowo budowanego napięcia niewątpliwa to gratka, także i miłośnicy misternie tkanych psychologicznych zawiłości ludzkiej duszy nie pożałują lektury.

Moja ocena: czwóra z minusem. (4-/5).

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece