Ads 468x60px

środa, 7 marca 2012

Marta Guzowska "Ofiara Polikseny" albo dlaczego kobiety kochają drani

Wydawnictwo: W.A.B. Data wydania: 08.01.12
Stron: 432
Cena: 39,99 zł


Pierwsze zdanie: "Mario - spytała nagle - czy mógłbyś zabić człowieka?"

Tak jakoś ścichapękiem nadeszła ta książka, niepozorna, o burej okładce, trudnym, niechwytliwym tytule. W księgarni pewnie pozostałaby niezauważona, leżąc na półce i nie wołając krzykliwościami. I gdyby nie zachęta pewnej osoby na pewnym forum, pewnie nadal tkwiłaby w ukryciu, mały, zakurzony diamencik w kamiennej, szarej otoczce...

Bo że "Ofiara Polikseny" to diament, perełka, połyskująca bladym świtem kropelka rosy na pustyni - co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Dawno już żadna książka mnie tak nie urzekła, nie zaczarowała, nie porwała w wir wydarzeń, nie zaatakowała plastycznym, obcym dla mnie światem, niepięknym ale jakże prawdziwym.

Autorka porywa nas do współczesnej Anatolii, na wykopaliska archologiczne w rejonie niejgdysiejszej Troi. Nuda, powiecie. A figa tam. Nie ma tu nawet kapki nudy. Wprawdzie na trupa trzeba poczekać parę stron, zresztą, że się pojawi, jest rzeczą dość oczywistą, w końcu nie po to osadza się akcję kryminału pośród archeologów i antrolopoga, by w końcu nie wygrzebać spod twardej ziemi jakiegoś szkieletu. Czyżby odkopany szkielet należał do Polikseny, legendarnej torjańskiej księżniczki, zamordowanej przez poderżnięcie gardła? Wkrótce pojawia się też trup całkiem świeży - na jednym z dwóch starożytnych ołtarzy z poderżniętym gardłem znaleziona zostanie jedna z uczestniczek ekspedycji. Nie wszystko okazuje się jednak takie, na jakie wygląda...  Jeśli myślicie, że od tego momentu wszczęte zostanie profesjonalne śledztwo, na scenę wkroczy prężny i inteligentny detektyw, by po odpowiednich perypetiach rozwiązać w trymiga zagadki śmierci kobiet, to się mylicie. To Turcja, panie. Koniec świata, psy odwłokami szczekają. Po zdawkowym przepytaniu archeologów, podczas którego najbardziej dociekliwe pytania dotyczyły personaliów, policji tu nie zobaczymy. Nie będzie analizy mikrośladów i DNA na miejscu zbrodni. Koniec, finito.

Czeka nas za to deprymujący, przytłaczający nastój tamtego miejsca: lejący się z nieba żar, smród potu, hektolitrów cienkiego piwa, tanich papierosów, brzęk wszechobecnych much, ujadanie kundli, odganianie natrętnych komarów, i ten skwar, pył i kurz... Nie jest to świat, jaki przywykliśmy kojarzyć z pocztówkowymi widoczkami z katalogów biur podróży. To świat, atakujący turpizmem. To duszne, klaustrofobicze obrazy, organoleptyczny gwałt na elementarnym poczuciu estetyki. Apogeum tych klimatów była dla mnie scena wywiezienia ambulansem pewnych zwłok (nie powiem czyich) z terenu obiektu turystycznego. Mistrzostwo świata!

To także portret środowiska archeologów, chyba prawdziwy, bo przecież autorka sama spędziła wiele czasu na wykopaliskach i jest archeologiem z zawodu. Kto lubi zawodowe podglądactwo, ten znajdzie tu coś dla siebie - lubię, gdy w powieści autor wiedzie czytelnika w rejony autentyczne, a nie wyszukane w Wikipedii przy pomocy "kopiuj i wklej", umożliwia wgląd w hermetyczne, zamknięte światki odmiennych od własnych profesji. Marta Guzowska czyni to ponadto w wyjątkowo szarmancki sposób, z przymrużeniem oka wkładając w usta antropologa spostrzeżenia w rodzaju: "Miał identyczną figurę jak matka i całkowicie łysą, brachycefaliczną czaszkę, a dolną część trzewioczaszki ozdobioną gęstą brodą w tym samym odcieniu, co włosy Lale". Mario notabene tak opisuje swoją byłą: "Miała najpiękniejszą na świecie czaszkę, proporcjonalną, gracylną, o delikatnej morfologii, wysokich oczodołach, lekko wystających kościach jarzmowych, z pięknie zaznaczonym prognatyzmem zębodołowym". Ha! I jak tu się nie zachwycić!...

Skoro już dotarłam do postaci Mario, to zatrzymam się na nim na minutkę, bo warto. Nie spodziewajcie się jednak Indiany Jonesa, wyposażonego w pejcz i inne męskie atrybuty, ratującego dziewice z opresji i starożytne skarby z rąk złoczyńców. Mario Ybl, profesor antropologii, to skurczybyk jakich mało, wiecznie zamajaczony smakującym jak siki piwskiem lub raki, obrażający wszystkich i każdego, nie znający autorytetów, skutecznie zniechęcający do siebie nawet najbardziej łagodne i przychylnie usposobione osóbki, abnegat, pajac, leń, niechluj, a w dodatku cierpi na nyktofobię... Koleś, którego można tylko nienawidzić, albo kochać (wypisz wymaluj House). A jednak to on, jako jedyny, próbuje kiwnąć palcem, podczas gdy cała reszta ekipy trwa w odrętwieniu lub obojętności po makabrycznej śmierci koleżanki z grupy... Nie chcę się czepiać, ale pod koniec autorka nie uniknęła pewnych stereotypów i w finalnej scenie kazała mu jednak rozprawić się ze zbrodniarzem wedle wszelkich prawideł filmowej sztuki. A niech tam. 

No dobra, spytacie, a co z zagadką kryminalną? Jest. Jest nawet dość ciekawa, choć czytelnik nie zostaje skonfrontowany z nią od razu, a klasyczne roztrząsanie kwestii "kto zabił i dlaczego" pojawia się relatywnie późno. To także intryga z drugim, a nawet trzecim dnem. Dość pasjonująca, choć nie zwalająca z nóg. I to nie zagadką kryminalną żyje ta książka, a postaciami, scenerią, świetnym rysem obyczajowym, specyficznym humorem. Znalazłam w tej książce wszystko, co powinna mieć dobra, wciągająca, inteligentna powieść kryminalna. I to wszystko wyszło spod pióra polskiej autorki, ba, debiutantki. Niemożliwe? A jednak. Przekonajcie się sami. Ja tam już teraz czekam na kontynuację - autorka już pracuje nad "Głową Niobe". Oby tak udaną, jak "Ofiara Polikseny". 

Moja ocena: 5/5 (coś za dobre książki ostatnio czytam...)

Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece  




poniedziałek, 5 marca 2012

Bernard Minier "Bielszy odcień śmierci" (Schwarzer Schmetterling)


Wydawca: Droemer
Data wydania: 01.03.2012
Tytuł oryginału: Glacé
Ilość stron: 688
Cena
: 14,99 euro

Pierwsze zdanie (z niemieckiego przekładu, ale pewnie i tak każdy zrozumie): Dgdgdgdgdgd - tacktacktack - dgdgdgdgd - tacktack.

Polskie wydanie
Posypało się recenzji tej książki w blogowisku. Euforycznie chwalili ją czytelnicy, krytycy, blogerzy. Że taki genialny debiut, że dawno nie było już tak dobrego thrillera, że atmosferyczny, trzymający w napięciu, że trzeba przeczytać. Nie było wyjścia, musiałam po nią sięgnąć. A ponieważ paczka z Polski idzie jednak parę dni, a świeżutka powieść francuskiego debiutanta właśnie pachnąc farbą drukarską pokazała się w niemieckich księgarniach, nabyłam wersję po niemiecku.

I co, warto było zainwestować 15 euro w dzieło zupełnie nieznanego pisarza? Zaraz się dowiecie. Pierwsze, co mnie uderzyło, to ilość stron - wydanie niemieckie ma ich prawie 700! Jeśli dzieło nie okaże się udane, to w jednym na pewno pobije niejedną aktualną nowalijkę na księgarskim rynku, pomyślałam sobie. I zagłębiłam się w lekturze.

Po parunastu stronach - dezorientacja. Eeee, czy to naprawdę kryminał o koniu?... Tak, moi drodzy, o koniu. Znakomity śledczy z Tuluzy zostaje wezwany do leżącej na końcu świata, w odludnym zakątku Pirenejów, turystycznej mieścinie Saint Martin do zwłok, znalezionych w górnej stacji elektrowni wodnej. Zwłok... konia. Servaz zdziwił się podobnie jak ja, gdy dopiero na miejscu dowiedział się, że nie chodzi o zamordowanego człowieka. Cóż koń był to nie byle jaki, bowiem należący do miliardera, człowieka z pierwszej dziesiątki najbogatszych Francuzów, potentata przemysłowego i miłośnika koni. Ponieważ zaś niecny ów czyn obfitował w rozliczne makabryczne detale, a w okolicy znajdowała się klinika psychiatryczna, w której trzymano pod kluczem najgroźniejszych, najbardziej psychopatycznych, bestialskich, nieuleczalnie i nieodwracalnie chorych psychicznie morderców, zdecydowano wszcząć śledztwo.

Jednocześnie do kliniki przybywa pani doktor Diane Berg, psycholożka, zamierzajaca przez jakiś czas zajmować się badaniem mrocznych zakamarków zbrodniczych umysłów. Jej pobyt w odludnym, upiornym miejscu bynajmniej nie rozpoczyna się tak, jak sobie to wyobrażała - zatrudniający ją profesor odszedł na emeryturę, kliniką kieruje niechętny jej, wyraźnie coś skrywający doktor Xavier, a ona sama zaczyna wątpić w słuszność swej decyzji.

Już wkrótce okazuje się, że na miejscu końskiej zbrodni znaleziono DNA osoby, której obecność tam po prostu nie wchodzi w grę - najgroszego, najgroźniejszego i wyzutego ze wszelkiej empatii, a jednocześniej najbardziej pilnowanego pacjenta kliniki Juliana Hirtmanna. Czy to możliwe, że mimo wielu doskonałych zabezpieczeń wydostał się, a także wrócił do celi, by dokonać makabrycznego czynu? I po co miałby to robić? 

Sytuacja zaostrza się, gdy po paru dniach przypadkowy biegacz znajduje podobnie zmasakrowane zwłoki miejscowego aptekarza, powieszone na moście. Nie jedyne zresztą, jak się później okaże. Servaz razem z miejscową policjantką Ziegler przystępuje do dzieła.

Czyta się to świetnie. Minier potrafi budować nastrój, umiejętnie i stopniowo (nigdy za dużo!) zdradza czytelnikowi detale, które prowadzą go dalej na ścieżce domysłów, ale też wprowadza parę mylnych tropów. Powieść ta trochę przypomina matrioszkę - gdy już wydaje ci się, że wiesz co i jak, autor zdejmuje kolejną odsłonę i nagle okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie, niż myślałeś... Uwielbiam takie ciuciubabaki z czytelnikiem. Nie można nie wspomnieć o całej otoczce tego kryminału - te grudniowe Pireneje na skraju zimy, mgliste doliny, pogrążone w mroku, gęstwinie oparów, duszące się pod naporem świeżego śniegu, ta gęsta, nieprzejrzysta atmosfera, plątanina tropów, szczegółów. W którymś momencie Servaz mówi, że przytłacza go to miasteczko, ta pogoda i to śledztwo, że czuje się, jakby się dusił. I dokładnie to samo dzieje się z czytelnikiem w trakcie lektury - ten posępny nastrój oblepia niczym strzępy obrzydliwej pomroki i odbiera tlen.

Nieco rozczarowuje natomiast wątek Diane i Hirtmanna. Hirtmann nie wydał mi się ani trochę tak straszny i inteligentny, jak go zapowiadano, zaś Diane wkurzała swoją rozlazłością i cielęcością. Nie sposób nie zauważyć asocjacji z "Milczeniem owiec", ale Hirtmannowi trochę jednak do Hanibala Lectera brakowało.

Skoro zaś mowa o rozczarowaniu, to muszę się jeszcze przyczepić do postaci byłego sędziego, który choć wprawdzie urzekł mnie swą osobą (i te jego kolacyjki, i ach, te wina!), to jednak motywy jego końcowych poczynań zupełnie mnie nie przekonały. W końcowej fazie powieści było też trochę uproszczeń i naciąganych wątków, których nie wspomnę, by nie psuć przyjemności czytania. Cóż, kryminał rządzi się swymi prawami i autor, zapewnie słusznie, musiał uatrakcyjnić ostatnie sceny, balansując na granicy wiarygodności.

Przyczepię się też do licznych literówek (ale to uwaga do niemieckiego wydania), a także paru nieścisłości, co do których nie jestem pewna, komu je zarzucić - autorowi czy tłumaczowi: oto w jednej scenie mamy ciemną fasadę domu, która w następnym zdaniu staje się nagle białą ścianą ozdobioną drewnianymi balkonami (to jaka w końcu - ciemna, czy biała?). Kiedy indziej znowu świerczki zaszumiały sobie w połowie grudnia liśćmi...  Nie wiem, co tu komu szumiało, doprawdy.

A zatem, polecić, czy nie? Jeśli nie przeraża Was bite siedemset stron dusznej, napiętej atmosfery grozy, z lekkimi dłużyznami po drodze, wycieczkami w stronę psychologii, etyki, filozofii, ale z zadowalającym zakończeniem, ciekawymi postaciami i wyraźnymi aluzjami to paru wybitnych dzieł literatury kryminalnej ("Milczenie owiec" już wymieniłam, a "Purpurowe rzeki" to pies?...), to polecam.

Moja ocena: 4+/5.

Acha, co myślicie o tytułach? Francuski oryginalny Glacé versus polski Bielszy odcień śmierci, versus Czarny motyl po niemiecku?

A okładka? Która lepsza?


Baza recenzji syndykatu Zbrodni w Bibliotece

piątek, 2 marca 2012

Marcin Mortka "Miasteczko Nonstead" - czy Polacy potrafią pisać horrory?


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 26.01.12
Stron: 304

Język: polski
Cena: 34,99 zł

Pierwsze zdanie: "Łomotanie stawało się coraz głośniejsze, aż wreszcie Nathan odczuł drgania w kierownicy."

No właśnie. Czy Polacy potrafią pisać horrory? Czy nie jest tak, że nieraz już mieliśmy wątpliwą przyjemność konsumowania nieporadnych płodów, które wyszły spod pióra polskich naśladowców Kinga, Mastertona, Ketchuma? I czyż nie jest tak, że dzieła owe, miast straszyć i wywoływać gęsią skórkę, wywoływały, owszem, ale salwy śmiechu lub, co gorsza, zażenowanie? I czyż nie jest tak, że każda kolejna próba rodzimego pisarza pójścia w ślady któregoś z mistrzów dreszczowca wzbudza co najwyżej nieufność lub niedowierzanie, a czasem tylko sprawia, że wyrwie się nam stłumione ziewnięcie?

Marcin Mortka, świetny skądinąd tłumacz i autor pokaźnego zbiorku powieści z pogranicza przygody, historii i fantastyki, postanowił zmierzyć się z tym mitem i udowodnić, że Polak potrafi. Nie kryje przy tym, że inspiruje się dokonaniami najlepszych. Lektura "Miasteczka Nonstead" to wydziobywanie spomiędzy wierszy motywów zaczerpniętych z rozlicznych dzieł popkultury. Autor lawiruje między cytatami z Kinga, zgrabnie rozsiewa nastrój rodem z "Miasteczka Twin Peaks", parę razy wspomina agenta Muldera, nie gardząc wycieczkami do serialu CSI. Tylko czy ten zlepek zapożyczeń koniecznie musi prowadzić do nowej jakości?...

Autor osadza akcję współcześnie, na amerykańskiej prowincji, co jest zabiegiem dość karkołomnym, zważywszy na trudności, jakie niesie dla kogoś, kto nie jest skonfrontowany z tamtejszą rzeczywistością na codzień. Wydaje się, że pisarz poradził sobie z tym wyzwaniem dość dobrze, przynajmniej na pierwszy rzut oka nic nie zgrzyta w tym względzie. Bohater, pisarz, autor bestsellerowej książki z pogranicza horroru i opowieści paranormalnych, zbierający skorupy swego życia miłosnego i zawodowego, ucieka przed własnym agentem, a może i szczątkami dotychczasowego życia na zadupie, do ponurego "wypiździewa", jak sam pieszczotliwie nazywa mieścinę o nazwie Nonstead. Wynajmuje dom i dość prędko zostaje wciągnięty w wir dziwnych, mrocznych, złowieszczych wydarzeń, które nawiedzają Nonstead. "Nawiedzenie" to przy tym właściwe słowo, bowiem jednym z pierwszych problemów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć, jest opętanie Vanessy, córki ledwie poznanej miejscowej nauczycielki, przez tajemniczego demona. Sytuację udaje się Nathanowi, jak przystało na prawdziwego bohatera, zażegnać, dziecko uratować, ale miasteczko i jego niesamowici mieszkańcy, wraz z miejscową zwierzyną, a nawet pogodą, zdają się powoli go osaczać. Mamy więc tu Samotnię, odludną chatę położoną wśród głuszy, o której mówią, że jest Wrotami Piekieł, mamy pojawiającego się znikąd upiornego czarnego psa, zwiastującego śmierć, pastora, odbierającego telefony z piekła, tajemnicze przypadki popadania w szaleństwo, zaginięcia, samobójstwa, wypadki. Mamy też osobliwe forum internetowe, na którym ludzie wpisują autentyczne, przejmujące i nieprawdopodobne historie własnego szaleństwa. I co, boicie się?...

Pewnie, że nie. Ale sięgnijcie po tę książkę późnym wieczorem, zaszyjcie się w fotelu (koniecznie w samotności), najlepiej wtedy, gdy za oknem szaleje wichura, włączcie muzykę, która przewija się przez stronice powieści - od psychodelicznego The Cure, poprzez dołujące Sisters of Mercy (The Flood! Były czasy, kiedy słuchałam tego bez ustanku...), po wywołujące gęsią skórkę "Riders of the Storm" i pozwólcie panu Mortce zbudować powoli nastrój grozy, przesiąknijcie atmosferą piekielnych oparów i szaleństwa, i wtedy zobaczymy, czy mu się to uda. I jest to wielce prawdopodobne, bowiem warsztatem on dysponuje niezgorszym. Potrafi operować słowem, odpowiednio dozuje finezyjne określenia i dosadności, umiejętnie wykorzystuje figury retoryczne, maluje mistrzowskim pędzlem obrazy, które zapadają w pamięć. Wielka powchwała za język. Bo nawet sypanie kurwami jest tu na miejscu, nadając postaciom autentyczności, a lekturze smaczku.  Chcecie wiedzieć, czy ja się bałam?

Marcin Mortka
Nie. Ale niełatwo mnie przestraszyć. A czasy, kiedy przeszywał mnie dreszcz nad stronicami powieści grozy, dawno minęły. Niełatwo też mnie zaskoczyć. Zresztą, czyż źródełko z pomysłami na dobry horror nie wyschło już dawno, a to co nam się serwuje, nie jest tylko kręceniem się w kółko i odgrzewaniem motywów, które już gdzieś się kiedyś pojawiły? Ale nie w straszności tak naprawdę leży siła tej książki - to kawał dobrej rozrywki, która nawet jeśli nie wywołuje grozy, to z pewnością jednak ciekawość i napięcie, które każe nam przewracać strony, czekając, co dalej. Jasne, są tu wątki niedopowiedziane, przycięte, pozostawiające niedosyt. Są uproszczenia, skróty, pójścia na łatwiznę. Ale one zdarzają się nawet Kingowi. Przyznaję bez bicia, dobrze się to czyta, charaktery spoglądające na nas z kart tej książki są barwne, soczyste, prawdziwe (moim faworytem jest zdecydowanie O'Toole, zgorzkniały dziad i pieniacz o gadzim spojrzeniu, wygłaszający tyrady miażdżące dzisiejszy świat i obyczaje), fabuła wartka i spójna.

Nie jest to wielka literatura, Nobla za to nie będzie. Nie mamy polskiego Kinga. Ale mamy Mortkę. Warto zwrócić uwagę na tego pisarza, bo podejrzewam, że zaserwuje nam jeszcze niejedno.

Moja ocena: 4/5.

środa, 29 lutego 2012

Paweł Jaszczuk "Plan Sary" - czyli jak zaplanować własne morderstwo


Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 25.01.2011
Liczba stron: 240
Cena: 27,00 zł

Pierwsze zdanie: "W poniedziałek rano nisko ścieląca się mgła przyprawiła Jakuba Sterna o ból głowy".
Boom na kryminały retro trwa. Mieliśmy stary Wrocław, mieliśmy też przedwojenny Gdańsk i Lwów - Lwów nawet w podwójnym wydaniu, bowiem w tym miejscu umiejscowił również akcję "Liczb Charona" as polskiego kryminału Marek Krajewski (choć podobno Jaszczuk był pierwszy). Cóż takiego kusi autorów do tego, by zrezygnować z technologicznej otoczki i całego zaplecza nowoczesnej kryminalistyki i rzucić się w pogoń za zbrodniarzem uzbrojonym tylko w intelekt i łut szczęścia? Dlaczego gardzą współczesnymi kulisami, wybierając miejsca, czasy nie do odtworzenia? Czemuż odrzucają to, co na wyciągnięcie ręki, zapuszczając się na nieznane wody archaicznego języka, zapomnianych akcesoriów, martwych, niemych światów, ryzykując, że utkną na mieliźnie? Idą na łatwiznę, unosząc się na fali mody, czy też wręcz przeciwnie, kroczą pod prąd, biorąc na barku żmudnego odtwarzania języka i tła obyczajowego?
Nie wiem, trzeba by było zapytać ich samych. Wiem jednak, że nie ułatwiają sobie zadania, porywając się na klimaty retro. Nie wystarczy bowiem stworzyć odpowiednie kulisy, by otrzymać dobry kryminał. Przeciwnie, osadzenie fabuły w odpowiednim miejscu i czasie to zaledwie wisienka na torcie, tło, drobiazg, nie stanowiący o klasie kryminału. Jeśli się ono uda - tym lepiej, ale nie zwalnia to twórcy od konieczności stworzenia przekonujących bohaterów i skonstruowania intrygującej zagadki. Czy to się Pawłowi Jaszczukowi, laureatowi bądź co bądź nagrody Wielkiego Kalibru, udało?
By odpowiedzieć na to pytanie, musimy przenieść się do przeszłości. Jest maj 1938 roku. Scenerią jest Lwów, miasto tętniące życiem, multikulturalny tygiel. Przez kilka majowych dni będziemy deptać po piętach Jakubowi Sternowi, dziennikarzowi śledczemu, który na własną rękę próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczych morderstw. A jest co rozwiązywać. Jakiś psychopatyczny zbrodzień morduje bowiem wedle planu, który w ramach makabrycznej zabawy, podczas ćwiczeń dla studentów prowadzonych przez naszego pana "Gwiazdę", opacowała Sara, jedna ze studentek, flama Sterna, żywiąca niezdrowy pociąg do krwawych makabresek, niepomna, że stanie się ofiarą własnego planu. Sam zalążek akcji spodobał mi się niepomiernie, zwłaszcza, że zasadzono go w mrocznej, mistycznej glebie: tu i ówdzie wspomina się o budzących grozę detalach, jak owej tajemniczej, przypominającej mordę rotweilera chmurze, która obstanowiła się nad miastem i ani myśli odejść (rewelacja), o wizycie badacza paranormalnych zjawisk Ossowskiego, postaci skądinąd autentycznej, o zagadkowym dziadku wróżbicie. Buduje to nastrój, tworzy mistyczną atmosferę, wzmaga enigmatyczność snutej opowieści.
Nie przysłużył się natomiast tej powieści poszarpany, migawkowy sposób wprowadzania czytelnika w historię, dominujący zwłaszcza w pierwszej połowie. Tu jakaś rozmowa, tam wspomnienie, nagły przeskok do teraźniejszości, potem zwrot o sto osiemdziesiąt stopni - i tak przez dobrych sto stron. Nie wiem, czemu to miało służyć, wydało mi się to dezorientujące i dość nużące, a także bezcelowe. Można to było zrobić płynniej. I robi się płynniej. Sposób narracji wygładza się i uspokaja, historia nabiera dobrego rytmu, rozwija się coraz sprawniej i coraz ciekawiej, przetaczając się wokół zajmująco zarysowanych postaci i wyrazistych charakterów (podobał mi się Samuel, irytował inspektor Zięba, ale to dobrze, nie ma nic gorszego od bladych i mdłych protagonistów). Samo zakończenie nie stanowi wielkiego zaskoczenia, zbrodzień zaś nietrudny do odgadnięcia, choć wyjaśnienie jego motywów wielce zadowalające.
Nie jestem fanką wkładania śledztwa w ręce amatorów, bowiem zamiast pasjonującej akcji czytelnik otrzymuje w efekcie nagromadzenie dyletanckich lub niewiarygodnych poczynań. Stąd nie do końca mogłam się do Sterna przekonać, tuszę, że postać będzie ewoluować i w "Marionetkach" spotkam pełnokrwistego, trochę ciekawszego bohatera.
Na koniec słów parę o języku. Wspomniałam na początku, że nadanie kryminałowi atrybutów z myszką niekoniecznie musi stanowić o ulepszeniu dzieła. "Przetłumaczenie" dialogów na archaiczny, zgodny z epoką styl nie jest zadaniem łatwym i nie każdy sobie z nim radzi. Podczas gdy w przeczytanym niedawno "Gdańskim depozycie" zatopienie języka w epoce przedwojennej było bez zarzutu, tutaj nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że bohaterowie Jaszczuka posługują się jednak odrobinę zbyt współczesną polszczyzną. Trudno sobie wyobrazić, by w przedwojennym Lwowie kobieta zwróciła się do mężczyzny ze słowami "Całą noc balowałam z radiowcami i mam dziś w głowie zaćmienie księżyca. Piszę ogłoszenie o... jakiejś pieprzonej steno-pistce (...)", a inny z bohaterów zwraca się do drugiego "Porąbało cię?". Rzucanie od czasu do czasu słówkiem z lwowskiej gwary to niestety nie wszystko. Co nie znaczy, że warstwa językowa jest do bani, przeciwnie, słowem autor posługuje się wielce sprawnie i precyzyjnie (abstrahując od wymienionych zarzutów) i czytanie jego prozy sprawiło mi niezaprzeczalną przyjemność. Malowany jego słowem Lwów nabierał wyrazistości, tętnił kolorami i zapachami. Potrafi on pisać, oj potrafi.
Mimo paru minusów nie żałuję lektury "Planu Sary" i w nadziei na powrót Sterna w wielkim stylu sięgnę po "Marionetki".
Moja ocena: 3+/5.
Baza recenzji syndykatu "Zbrodnia w Bibliotece"  


Rynek we Lwowie nocą - czy to ta fontanna?...

wtorek, 28 lutego 2012

Ulubione seriale: medyczno - kryminalna jazda


Do zabawy zaprosiła mnie Moreni i korzystam z okazji, by trochę powspominać i co nieco obnażyć przed Wami. A niech tam.

Moreni przyznała się do oglądania jakiegoś różowego szkaradzieństwa ze słowem Pony w tytule, to ja mogę się przyznać, że jako dziecko namiętnie oglądałam pewien serial, o którym teraz już pewnie nikt nie pamięta, ale podówczas był on naprawę kultowy. Pamiętacie, jak cała Polska powtarzała za doktorem Sową "gdyby głupota miała skrzydła, to pani latałaby jak gołębica"? No właśnie: "Nemocnice na kraji mesta"! To był dopiero serial!


Kadr z serialu "Szpital na peryferiach"

Z podobnych klimatów, tylko zza innej granicy:


Yes, "Klinika w Szwarcwaldzie". Niemiecka medyczna precyzja i skomplikowane relacje bogów w bieli. To były prototypy dzisiejszych doktorów hałsów, imerdżensi rumów i innych szikagohołpów, czyż nie?

O "Niewolnicy Izaurze" nie wspomnę, bo to przecież żenada straszna, ale kto nie pamięta innego wyciskacza łez, który leciał zawsze w niedzielę po dzienniku:





"Północ - południe" się to wybitne dzieło nazywało i nie było chyba człowieka, który by nie śledził z napięciem losów Patricka Swayze i takiej jakieś czarnuli przepięknej. Co za namiętności!

A teraz trochę współcześniej. Oglądałam ten serial do jakiegoś czasu, dopóki po którymś entym sezonie i nieoglądniętych paru odcinkach całkowicie straciłam rozeznanie i przestałam rozumieć cokolwiek. Mowa oczywiście o "Zagubionych". Moim zdaniem jeden z najlepszych seriali wszechczasów, przynajmniej do momentu, w którym się pogubiłam, zgodnie z tutyłem zresztą.



Aktualnie mam trzy seriale, które oglądam w miarę regularnie, pod warunkiem że nie przysypiam na kanapie. I tu wchodzimy w klimaty kryminalne, jak na ten blog przystało:


To po pierwsze serial "Bones" o nieprzystosowanej pani doktor Temperance Brennan. Lubię wyraziste postacie.

Po drugie, serial z innym psycholem w roli głównej - The Mentalist (nie wiem, leci to gdzieś po polsku?):


Podoba mi się, jak robi ludzi w konia. I ten nieśmiertelny motyw z Red Johnem - już już się wydaje, że wreszcie wszystko wyjdzie na jaw, a tu figa Red John nadal żyje i ma się dobrze.

I na zakończenie serial o kolejnej kobiecie błyskotliwie rozwiązującej najbardziej skomplikowane zagadki kryminalne, czyli "Crossing Jordan":


 

Dobra, koniec striptizu. Żebyscie nie mieli zbyt lekko, to i Wy się trochę pomęczcie. Kto się nie wstydzi i ma ochotę, niech się przyłączy do zabawy. Może Aneta, albo PaulinaViconia, a może Kaye? Nie zapominając o chiara76.

Co zrobić?
1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3. Zaproś co najmniej 5 innych blogów

4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali.


Miłej zabawy!

poniedziałek, 27 lutego 2012

Karin Slaughter "Tote Augen" (Geneza) - krwawa opera mydlana?


Wydawca: Blanvalet Verlag
Data wydania: 5.11.2011
Ilość stron: 576
Język: niemiecki
Tytuł oryginału: Undone (USA) / Genesis (UK)
Cykl: Georgia 1
Cena: 19,99 euro



Ostatnia strona. Oczy mam kwadratowe od wielogodzinnego czytania, tętno jeszcze przyspieszone od emocji, przed oczami przewijają mi się przerażające obrazy poniżonych, dręczonych kobiet...

W sumie powinnam być zadowolona. Wszak lubię brutalne trhillery. Lubię, jak autor nie boi się najtrudniejszych tematów, kreuje kontrowersyjne postacie, nie cofa się przed największymi podłościami ludzkiej natury. Do tego dochodzi fakt, że nie zdołałam odłożyć książki z ręki, a jej ostatnia tercja przykuła mnie grubym łańcuchem, którego nie mogły przepiłować nawet najpilniejsze obowiązki. Czyli mamy wszystkie substraty potrzebne do udanego kryminału. A jednak coś mi tu zgrzyta.


Okładka polskiego wydania

Karin Slaughter nie jest debiutantką. Stworzyła już parę popularnych serii kryminalnych z lubianymi postaciami, które  zawojowały serca fanów. "Geneza" jest powieścią, w której pisarce udała się genialna roszada: połączyła w niej losy bohaterów z dwóch bestsellerowych serii. Historie pediatry Sary Linton i pary detektywów Willa Trenta i Faith Mitchell krzyżują się w tomie "Geneza", w Polsce wydanym już rok temu, który w Niemczech pokazał się księgarskich półkach dopiero w listopadzie. Błyskotliwe zagranie? Dla miłośników obu cyklów niewątpliwie tak. Wątpliwą przyjemność ma natomiast czytelnik, który sięga po "Genezę" (czy "Martwe oczy", jak znowu trząchnął rozumem niemiecki wydawca) bez znajomości poprzednich tomów, musi się bowiem przebić przez pogmatwane wątki z przeszłości głównych postaci. Pal to sześć, w końcu nawet najgłupszy czytelnik w końcu domyśli się, o co chodzi z tym osobliwym zachowaniem Trenta. Irytujące są natomiast kilometrowe wywody i rozdrapywanie ran, płaczliwy patos i wyciskające łzy rozpamiętywanie miłości pani doktór do Jeffreya. Po trzech stronach miałam dosyć, ale pani Slaugther jest w tym względzie bardzo wytrwała.

Wróćmy więc do samej kryminalnej intrygi, która ścięła mnie dokumentnie już na pierwszych stronach. Jak udało się zmieścić autorce tyle brutalności na tak niewielu kartach, jak to możliwe, by do tego stopnia zagęścić atmosferę, zmrozić czytelnika i wprawić go w stupor przerażenia? Mistrzowskie to, bez dwóch zdań! Wszystko zaczyna się od wypadku, w którym na leśnej drodze potrącona zostaje naga, oślepiona i jednoznaczne torturowana oraz głodzona kobieta. Najwyraźniej udało jej się uciec z miejsca, gdzie była więziona. Dość prędko okazuje się, że nie była sama, a w przerażającej ziemiance, gdzie przeszła martyrium, przetrzymywana była także druga kobieta. I ją również udaje się znaleźć - martwą, wiszącą na drzewie, gdzie najwyraźniej schroniła się przed swym prześladowcą. Lista okrucieństw, które uczynił jej zwyrodnialec, jest długa i raczej nieodpowiednia dla osób wrażliwych... Mimo licznych śladów śledztwo grzęźnie w miejscu, a para detektywów niewiele ma w ręku. Sytuacja zaostrza się, gdy wpływa zgłoszenie o kolejnej porwanej ofierze... Tyle początek. Fabuła mogłaby dalej pędzić w tym tempie, ale nie, akcja zwalnia i zaczyna się toczyć ślimaczo, a autorka poczyna gubić się w roztrząsaniach tyczących prywatnego życia trójki bohaterów znanych z poprzednich tomów.

I tu dochodzimy do sedna moich obiekcji i źródła zgrzytu. Zgrzyta mi, że coraz częściej kryminały mutują w stronę zakamuflowanej opery mydlanej, w której czytelnika przykuwa nie pytanie, kto i dlaczego zabił, a dywagacje: zrobią to teraz, czy dopiero w następnym tomie. Zbytnio mi to wszystko skręca w stronę tasiemcowych seriali, których główną racją bytu są poplątane i zupełnie nieprawdopodobne perypetie garstki nieszczęśników. "Geneza" byłaby bowiem perfekcyjnym thrillerem, gdyby punkt ciężkości nie zjechał w stronę tych właśnie perypetii. Bo przy całej sympatii dla Willa Trenta (choć przyznam, że jego nietuzinkowa przypadłość nabiera doprawdy niewiarygodnych rozmiarów - nie ma w Ameryce nawigacji, nie ma oprogramowania, które kopiuje kontakty z komórki na komórkę? no, ludzie!), to o wiele bardziej interesowałoby mnie uzasadnienie chorej psychiki mordercy. Kwestia motywu wyślizgnęła się autorce definitywnie, a sam psychopata wypada blado i płasko, jakby jego postać została wykreowana przez początkującą piętnastolatkę, a nie amerykańską królową thrillera. Wprawdzie zakończenie było nienaganne, rozegrane tak, że gęsia skórka nie schodziła ani na sekundę, to jednak pytanie "dlaczego" zostało potraktowane tu po macoszemu. Odejmuję punkty.

Dodaję zaś punkty za zasianie we mnie chętki na więcej. Tak, chcę wiedzieć, co będziej dalej. W którym kierunku pójdzie znajomość Trenta i tej mdłej, nudnej Sary Linton? Czy Will uwolni się od toksycznego związku z Angie? Czy Faith poradzi sobie z chorobą i noworodkiem? Acha, typowe objawy choroby tasiemcowej. Trudno, zaraziłam się. I sięgnę prędzej po "Piętno", niż po niemiecki opowiednik, na który przyszłoby mi poczekać do jesieni.

Moja ocena: 4/5 (jednak minus za mydlaność).

Na zakończenie pytanie do tych, którzy przeczytali "Genezę" po polsku: czy Will i Faith są ze sobą na ty? W niemieckiej wersji niezmiernie irytowało mnie, że partnerzy, znający się jak łyse konie, którzy niejedno razem przeszli, nadal zwracają się do siebie per pan, pani... He?...

Baza recenzji syndykatu "Zbrodni w bibliotece".



niedziela, 26 lutego 2012

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 09/2012.


Dawno już nie zaglądaliśmy na niemieckie listy bestsellerów książkowych, toteż z jednodniowym wyprzedzeniem prezentuję Wam aktualny ranking. Jest trochę nowości, trochę zmian, rzućmy więc na nie okiem.

Wydania kieszonkowe (Taschenbücher):

1. Charlotte Link Der Beobachter (pol. -)
2. Luca Di Fulvio Der Junge, der Träume schenkte (pol.-)
3. Henning Mankell Der Feind im Schatten (org. Den orolige mannen, pol. Niespokojny człowiek)
4. Anna Gavalda Ein geschenkter Tag (oryg. L'Échappée belle, pol. 2011 Ostatni raz
5. Joy Fielding Das Verhängnis (oryg. Wild Zone, pol. 2011 Strefa szaleństwa)
6. J. R. Ward Nachtseele. Black Dagger 18. (oryg. Lover Unleashed Part 2, pol. - 18 część cyklu Mroczny kochanek)
7. Ferdinand von Schirach Schuld (pol. -)
8. Katherine Webb Das geheime Vermächtnis (oryg. The Legacy, pol. -)
9. David Nicholls Zwei an einem Tag (oryg. One Day, pol. Jeden dzień)
10. Jussi Adler-Olsen Erbarmen (oryg. Kvinden i buret, pol. Kobieta w klatce)











Wydania w twardej oprawie (Hardcover):

1. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (oryg. Alfabethuset, pol. -)
2. Jonas Jonasson Der Hunderjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand (pol. Stulatek, ktróry wyskoczył przez okno i zniknął)
3. Daniel Glattauer Ewig Dein (pol. -)
4. Dora Heldt Bei Hitze ist es wenigstens nicht kalt (pol. -)
5. Paolo Coelho Aleph (pol. Alef)
6. Jussi Adler-Olsen Erlösung (oryg. Flaskepost fra P, pol. -)
7. Christian Kracht Imperium (pol. -)
8. Jussi Adler-Olsen Schändung (oryg.  Fasandræberne, pol. Zabójcy bażantów)
9. Kerstin Gier Auf der anderen Seite ist das Gras viel grüner (pol. - )
10. Stephen King Der Anschlag (oryg. 11/22/63, pol. Dallas'63)

Na pierwszych pozycjach wprawdzie niewiele się zmieniło, nadal królują lubiana również i w Polsce Charlotte Link oraz "Stulatek", na uwagę zasługuje natomiast powieść Włocha Di Fulvio na drugim miejscu, którego inna powieść w zeszłym roku ukazała się w Prószyńskim (Drabina Dionizosa). Bardzo jestem ciekawa tego pisarza i pewnie się skuszę.
Zauważyć można pewien odpływ kryminałów na korzyść powieści z nurtu "współczesne i z humorem", widać też, że listę szturmują autorzy niemieccy, którzy nie są też nieznani w Polsce. Weźmy choćby Glattauera, który wydał u nas już dwie powieści, podobnie jak Christian Kracht, również z dwiema pozycjami na polskim rynku. Znamy i lubimy też Ferdinanda von Schiracha, który w Niemczech sypie bestsellerami jak z rękawa, tutaj kolejny "Schuld" (Wina). Podejrzewam, że pojawi się niezadługo i w Polsce.