Ads 468x60px

sobota, 28 lipca 2012

Petra Hammesfahr "Die Schuldlosen" - czyli jak przerobić brazylijską telenowelę na kryminał






Wydawnictwo: Wunderlich
Język: niemiecki
Ilość stron: 448
Data premiery: 9.03.2012

Muszę przyznać, że dawno żadna książka nie była dla mnie takim wyzwaniem. Tak. Bez jaj. Może dlatego, że nie oglądam zawiłych południowoamerykańskich tasiemców. Czytelnik zaprawiony w rozplątywaniu rodzinnych zawiłości, dzień w dzień stawiający czoła skomplikowanym koneksjom i zależnościom, tresowany do zapamiętywania zapętlonych życiorysów nie szczędzonych przez los (i scenarzystów) bohaterów nie miałby zapewne najmniejszych problemów z tą książką. Ja owszem.

Gwoli uściślenia, książki nie przeczytałam, tylko wysłuchałam, co po części na pewno stanowiło dodatkową przeszkodę. Niejednokrotnie podczas audiobookowych sesji łapałam się na tym, żeby chwycić za arkusz papieru (spory, nawiasem mówiąc) i ołówek, by wyrysować sobie trójwymiarową plątaninę: kto, z kim, dlaczego, gdzie i kiedy (a tu autorka perfidnie rozwlekła historię swych protagonistów na dobre prawie trzydzieści lat). Nie bójcie się, nie zamierzam jej streszczać, bo wyszłoby mi pewnie co najmniej z dwieście stron, a pewnie i tak coś bym poplątała. Pochwalę się jednak, że nie tylko wytrwałam do końca (podczas słuchania ostatniej tercji byłam już tak zahartowana, że nawet nie musiałam się zastanawiać, o kim akurat mowa), ale i zrozumiałam kto i dlaczego zrobił to, co zrobił!

Petra Hammesfahr nie jest pisarką polskiemu czytelnikowi całkiem obcą. Wydawnictwo Bellona wydało w swoim czasie cztery jej powieści, co zważywszy na wyjątkową płodność autorki stanowi drobny ułamek jej twórczości. Żadnej z nich nie czytałam, więc ani nie polecam, ani nie odradzam. Poznałam natomiast inną jej powieść "Erinnerung an einen Mörder" ("Wspomnienie o mordercy"), która utkwiła mi w pamięci bezmiarem smutku i ciężkim, psychologicznym klimatem. Ale mi się podobała.

Odnoszę wrażenie, że autorka dość sprawnie opanowała parę pisarskich sztuczek i ma na podorędziu garstkę schematów, którymi obraca w nieskończoność, wymieniając parę kluczowych elementów, żeby nie było, że pisze o tym samym. Również i "Die Schuldlosen" (czyli "Ci bez winy") nie uniknęło paru z nich.

Cała akcja zasadza się na tym, że pewien wywodzący się z bogatej rodziny browarników mężczyzna wychodzi po odsiadce z kicia i wraca na rodzinne zadupie. Skazany został za zamordowanie "wsiowego materaca", jak pieszczotliwie miejscowi nazywali nastoletnią Janice. Nasz bohater, Alex, nie pamięta swego czynu, był bowiem w chwili zabójstwa pijany w sztok. Śledztwo było krótkie, proces więcej niż poszlakowy, wyrok dość krótki, bez apelacji, w obawie przed wlepieniem jeszcze dłuższej kary. Monstrum wraca na wiochę, siejąc grozę i budząc niechęć i nienawiść tych, co pamiętają. Nie pamięta na pewno siedmioletnia Saskia, z którą Alex dość prędko się "zaprzyjaźnia" w tajemnicy przez jej rodziną. To jest ten moment, w którym autorce udało stworzyć się silną i gęstą od emocji atmosferę grozy i napięcia. Już by się wydawało, że wiemy, co się wydarzy za chwilę, ale tu Hammesfahr sprytnie odwraca kota ogonem i powoli, odsłona po odsłonie, dowiadujemy się kolejnych szczegółów, które momentami zaciemniają obraz, momentami zaś sprawiają, że wzdychamy "acha, więc to tak!". Akcja przez długi czas toczy się dwutorowo, kiedy to nie tylko towarzyszymy Alexowi w jego zmaganiach z tubylcami, ale i poznajemy mroczną przeszłość mieszkańców tego niemieckiego Pcimia. I niemal do końca nie wiemy, czy Alex rzeczywiście jest mordercą, czy tylko skazaną za niewinność ofiarą nieudolności śledczych.

Mimo świadomości, że autorka manipuluje czytelnikiem, że stosuje znane tricki i serwuje zużyte rozwiązania, mimo brazyliskiego natężenia ciosów zadanych bohaterom przez los i tym podobnych niedorzeczności, muszę przyznać, że powieść dostarczyła mi pewnej dozy rozrywki. I to mnie, która bardzo ceni policyjną pracę, której tutaj było tyle, co kot napłakał, mnie, która nie łapie się na lep psychologicznych pułapek!

Hammesfahr ma grono wiernych czytelniczek (świadomie mówię tutaj o paniach, bo nie wyobrażam sobie, żeby tego typu twórczość potrafiła przykuć uwagę męskiej czytającej części społeczeństwa), które z entuzjazmem witają każdą kolejną jej powieść. Ja na pewno się do nich nie zaliczam, ale ten ochłapek jej twórczości, który poznałam, był sprawnie napisanym, rzemieślniczo poprawnym i solidnym kawałem... no czego, przecież nie kryminału? Skrzyżowania brazyliskiej telenoweli z psychologicznym thrillerem? Może, choć zaczynam odnosić niepokojące wrażenie, że już sama próba nazwania tego rodzaju literatury, który uprawia ta autorka, przybiera podejrzanie brazyliskie wymiary...

Cóż, w skrócie: było nawet nieźle, byle nie za często i nie za dużo naraz.

Moja ocena: trójka (3/5).

piątek, 27 lipca 2012

PM Nowak "Ani żadnej rzeczy..." - a wszystko przez różowego psa



Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Data wydania: 25.07.2012
Ilość stron: 352
Cena: 29,90 zł



Nieustannie tropię polskich kryminalistów, przeczesuję rynek wydawniczy w poszukiwaniu wielkich talentów na miarę... no nie wiem kogo, chyba nie Chandlera? Larssona? Theorina? Rankina? Connelly'ego? Tej wielkiej perły jeszcze mi się znaleźć nie udało i nie ustaję w staraniach, schodząc na wielkie głębokości, nurzając się w otchłaniach wrogiego morza, myszkując pośród raf i o włos unikając paszczy rekina ludojada, by wreszcie wyłowić skarb.

A tu znienacka, jak z nieba spada nam PM Nowak. Co za PM?... Pseudonim, jak nic. Kto się za nim kryje?

"PM Nowak (ur. 1977) – językoznawca, repatriant, tłumacz. Po latach tułaczki po świecie zamieszkał na warszawskiej Ochocie, by w pełni poświęcić się pisaniu. Ani żadnej rzeczy… to jego debiut powieściowy otwierający serię kryminałów o komisarzu Zakrzeńskim i prokuratorze Wilku."

Tyle, enigmatycznie, wydawnictwo. Przetestowałam zatem ten debiut. I co, mamy tę perłę?... Aby się o tym przekonać, trzeba wpierw zanurkować. Tym razem są to wody warszawskie i współczesne, które z miejsca prowadzą do zbrodni - w podwarszawskiej Podkowie Leśnej padają strzały, trafiając w głowę czterdziestoletnią Katarzynę Cebulską.To jednak nie są mafijne porachunki. Związana kobieta zostaje znaleziona w swym własnym domu, a pierwszym podejrzanym prędko zostaje jej mąż. Niby proste, a jednak Cebulski prezentuje niepodważalne alibi - w chwili popełnienia małżeństwa znajdował się w Warszawie, a ponieważ pojazd, którym się poruszał, był dość charakterystyczny, wielu świadków potwierdziło jego słowa - między innymi pracownik myjni, z której nawet oskarżony posiada paragon z dokładną godziną opłacenia usługi.

W kręgu podejrzanych znajdzie się również były mąż denatki, impulsywny ekspolicjant z kartoteką skalaną odsiadką za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, który w kiciu doznał cudownego nawrócenia, następnie cudak i wałkoń Mark Zuber - siostrzeniec Cebulskiego, który odnalazł się nienacka w Ameryce, pasożytniczo zagnieździł się u wujaszka i liczy na odzyskanie spadku po zmarłej matce, a także niezrównoważona psychicznie dorosła córka denatki. I to w zasadzie wszystko.

Bardzo to kameralny kryminał, którego siła (i jednocześnie słabość) polega na mozolnym kolekcjonowaniu kawałeczków układanki, skrupulatnym weryfikowaniu alibi, motywów i przeszłości podejrzanych, na obracaniu każdego najdrobniejszego nawet faktu i zeznania. Zamknięta konstelacja, w której porusza się autor, przywodzi na myśl niektóre angielskie kryminały i podobnie jak one nuży miejscami powtarzalnością kolejnych scen, w których śledczy odpytuje kolejne postacie, dywaguje o możliwych wersjach wydarzeń, snuje domysły i roztrząsa poszczególne warianty. Nie znajdziecie tu wielkich niespodzianek, zwrotów akcji, szybkich scen pościgów czy spektakularnych zbrodni jak z amerykańskich filmów. Wszystko jest wyważone, spokojne, dość angielskie.

I pewnie niewiele możnaby dodać, gdyby nie para prowadząca śledztwo: mentalni Flip i Flap, komisarz Zakrzeński i prokurator Wilk, Pat i Patachon. To nimi żyje ta powieść, to dla nich warto sięgnąć po ten kryminał, by z uśmieszkiem i wyrazem niedowierzania na twarzy śledzić ich konfrontację. Prokurator Wilk jest postacią tak nieprawdopodobną, że aż w swym cudactwie prawdziwą - niezguła, chorobliwie nieśmiały samotnik, bojący się wychylić i wiecznie spodziewający się przydzielenia sprawy innemu prokoratorowi, posiadający nawyki graniczące z nerwicą natręctw, przepraszający że żyje i snujący osobliwe porównania... A jednak to on przyczynia się do wyjaśnienia zagadki, w czym niebagatelną rolę odegra... różowy pies. Przyznam, że Wilk, początkowo wyjątkowo irytujący swoją niezbornością i pierdołowatością, z każdą przeczytaną stroną wkradał się w moje łaski i zaskarbiał sympatię, bowiem pod wierzchnią warstwą ciemięgi kryje się jednak błyskotliwy umysł. Kryje się w tej oryginalnej parze potencjał, który pozwala mieć nadzieję na więcej, na nowe intrgygi i potyczki nierównych charakterów.

A sama intryga? Niezbyt zwalająca z nóg, niespecjalnie wyrafinowana i chyba jednak przewidywalna, mimo owego intrygującego zwrotu, którym zapunktował prokurator Wilk. Ot, klasyczny, hermetyczny kryminał, wykonany solidnie i porządnie. Miłośnicy tego typu konstruktów będą niewątpliwie usatysfakcjonowani, mnie zabrakło odrobiny więcej napięcia i oryginalności. Obdarzam jednak tajemniczego autora kredytem zaufania i liczę, że ten debiut to dopiero trampolina, z której wybije się na wyżyny kryminalnego kunsztu i z solidnego rzemieślnika przerodzi w artystę.

Moja ocena: solidna trójka z okładem (3+/5).


Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję wydawnictwu Czarna Owca. 


wtorek, 24 lipca 2012

Czytamy fantastykę! - ja przecież też!...




Przyłączam się do wyśmienitej i elitarnej (trzeba się trochę podbudować...) koalicji blogów, których autorzy czytają fantastykę i chętnie o niej piszą. Na blogu Czytamy fantastykę znajdziecie wszystkie szczegóły akcji.

A o co chodzi? Generalnie o to, by promować szeroko rozumianą literaturę fantastyczną, w szczególe zaś o stworzenie bazy recenzji książek z tego gatunku. Inicjatorki kuszą również konkursami, akcjami i dyskusjami.

Zapytana zaś o ulubione książki fantastyczne popadam w popłoch, bo jest tego trochę - począwszy od sagi wiedźmińskiej, poprzez całego Tolkiena,cudowną Ursulę Le Guin, magiczną Robin Hobb, z nowszych Patricka Rothfussa czy, wracając na rodzime podwórko, Grzędowicza i Kossakowską. Ale jest też i Zajdel, Dick, jest oczywiście Diuna, Łukjanienko - trudno wymieniać tu wszystkich, a jestem pewna, że i tak bym kogoś zapomniała.

O tych książkach pisałam już na blogu:

Jim Butcher cykl "Codex Alera" t. 1 "Elementare von Calderon"

Orson Scott Card "Tropiciel"

Erin Morgenstern "Nachtzirkus" (Night Circus) - a gdzie szczypta testosteronu?...

Cornelia Funke "Reckless. Kamienne ciało" - baśnie braci Grimm reloaded

Jakub Ćwiek "Kłamca" - zadatek na kultowego bohatera

Andrzej Sapkowski "Maladie i inne opowiadania" - kwintesencja sapkowatości z rodzynkami

Andrzej Ziemiański "Za progiem grobu" - zabij mnie i wskrześ...

Markus Heitz "Oneiros" - niewidzialni dla śmierci

Ben Aaronovitch "Die Flüsse von London" - czyli co jest ze mną nie tak

Catherynne M. Valente "Nieśmiertelny" - magiczne serce Rosji

Drew Magary "Nieśmiertelność zabije was wszystkich"

Marcin Mortka "Miasteczko Nonstead" - czy Polacy potrafią pisać horrory?

Maja Lidia Kossakowska "Grillbar Galaktyka"

Mira Grant "Feed. Viruszone" - nominacja do Hugo Award

Jacek Piekara "Ja, inkwizytor. Bicz Boży"

Ursula Poznanski "Erebos"

Terry Pratchett "Niuch" - czyli spraw jedli ości!

A o których napiszę? Lista jest nieskończona, ale w najbliższym czasie zamierzam przybliżyć Wam parę nazwisk niemieckiej fantasy, które po prostu trzeba znać, będzie też Abercrombie, Sanderson, Butcher, Bacigalupi, Scott Lynch i wielu wielu innych.

Wszystkich miłośników fantastyki zapraszam do przyłączenia się do koalicji, a dopiero węszących po tych rewirach do regularnego zaglądania!

sobota, 21 lipca 2012

Terry Pratchett "Niuch" - czyli spraw jedli ości!



Wydawnictwo: Prószyński i Ska
Seria: Świat Dysku (39 tom)
Tytuł oryginału: Discworld: Snuff
Tłumaczenie: Piotr Cholewa
Ilość stron: 360
Data wydania: kwiecień 2012 Cena: 29,90 zł

W gruncie rzeczy można sobie darować recenzję tej książki. Miłośnicy tej serii sięgną po "Niucha" i tak, a tych, którzy jej nie znają, trudno do niej zachęcać, bowiem zaczynanie lektury "Świata Dysku" od tomu numer 39 to tak, jakby rozpoczynać jedzenie bochenka chleba od wydłubywania miąższu. Choć są podobno osoby, które przygodę z Pratchettem zaczęły właśnie od najnowszego tomu. 

Możnaby też długo dywagować na temat szczególnego charakteru tej prozy. O osobliwościach stylu Pratchetta pewnie powstała już niejedna praca doktorska, nietuzinkowe postacie mają zagorzałych fanów, na hermetycznych portalach pławiących się w smaczkach i niuansach, a złożoność świata dysku może przyprawić o ból głowy zwykłego śmiertelnika. Nie zamierzam się chwalić znajomością tomu tego czy siego, nie będę odbierać chleba analitykom pisarstwa Pratchetta, nie zamierzam też śpiewać hymnów pochwalnych, rzucę tylko garść refleksji, jakie mnie naszły po lekturze "Niucha". 

To bardzo kryminalny tom, zaliczający się do cyklu o straży miejskiej, ale jednocześnie odmienny od pozostałych, bowiem Sam Vimes, komendant straży miejskiej, przymuszony przez małżonkę, wyjeżdża na wakacje na wieś, by zanurzyć się w świecie całkowicie mu obcym. Jak na porządnego glinę przystało, od razu wietrzy zbrodnię, a właściwie ogarnia go niejasne przeczucie, że sielankowość wiejskiego życia coś zaburza. I faktycznie, pojawia się pierwszy nieboszczyk - w pobliskich jaskiniach Vimes natrafia na zamordowaną goblinią dziewczynę. Choć akcja rozwija się dość leniwie, trop prowadzi do zbrodni straszliwej, przekraczającej wszelkie wyobrażenia. 

Trudno nie zauważyć tu bolesnych i pełnych goryczy analogii do naszego, kulistego świata. Pratchett, nienachalnie, jak to on, piętnuje rasizm i ksenofobię, ustami ciemiężonego i wykorzystywanego ludu goblinów - dla wielu zgrai brudasów zamieszkujących podziemne nory i co tu dużo mówić, szkodników - wołając "spraw jedli ości!" To osobliwe żądanie sprawiedliwości to głos w obronie inności i odmienności, przemycone pod krotochwilną warstewką normalnej u Pratchetta serii gagów i zabawnych scenek. I tu dochodzę do pierwszej konkluzji - to już nie jest jedna ze śmiesznych opowiastek, do których się przyzwyczailiśmy, tylko pełna zadumy i refleksji satyra na podłości naszego świata. Melancholijna bardzo - mniej tu już akcji (choć jest, i owszem), mniej "dziania się", a więcej rozmyślań, także w wykonaniu samego Vimesa.

Przyznam też, że tym razem nie pochłonęłam tej książki w dwa wieczory. Zmęczyła mnie ona, z czasem nawet zabawne gry słowne i smaczki przestały mnie bawić, i z trudem przyklejałam soczewki do kolejnych linijek tekstu, by nie błądziły gdzieś po poboczach. Nie wiem, czy to już zmęczenie materiału, czy przestały mi smakować barokowe dywagacje Pratchetta, czy on sam już przestał się wspinać na szczyty geniuszu, faktem jest, że czytanie "Niucha" nie wprawiło mnie w błogostan. 

Może już wystarczy tej maniery? Może już się wyczerpał jej geniusz? Może pora coś zmienić, ruszyć inną drogą? Wydaje się, że i sam Pratchett odczuł potrzebę napisania czegoś innego, bowiem miesiąc temu ukazała się nowa i kompletnie inna książka jego autorstwa, stworzona wspólnie z innym wielkim umysłem science fiction, Stephenem Baxterem. Nie wiem, kiedy "The Long Earth" ukaże się po polsku, wiem jednak, że wyglądam tej pozycji po stokroć bardziej, niż kolejnego, nużącego tomu ze świata dysku. 

Choć doceniam geniusz Pratchetta, a tym bardziej tłumacza,Piotra Cholewy (z czystej zawodowej ciekawości zastanawiam się, czy doczekam edytorskiego wydania "Świata dysku", w którym pan Cholewa zdradzi tajniki warsztatu, trudności, z jakimi się boryka tej niewyobrażalnej pracy ipokaże kulisy powstawania polskiego przekładu), to "Niuchowi" nie daję więcej niż słabą czwórkę. Właściwie to nawet trochę na wyrost. 

Moja ocena: 4-/5


poniedziałek, 16 lipca 2012

Stephan Ludwig "Zorn - Tod und Regen" - o gniewie, deszczu i śmierci






Wydawnictwo: Fischer Taschenbuch Verlag
Data wydania 25.05.2012)
Język: niemiecki
Ilość stron: 368
Cena: 8,99 euro

"Trwało trzy godziny, zanim straciła rozum, a kolejne dwie, zanim wreszcie pozwolił jej umrzeć" - wystarczy na zachętę? Nie? To może okładka - deszczowa kolorystyka, wyraziste liternictwo, z wypaloną dziurą pośrodku? Też nie? W takim razie tytuł: "Gniew - śmierć i deszcz"... O nie, nie, nie. To zmyłka. W tytule nie ma gniewu, jest tylko śmierć i deszcz. A Zorn? Zorn (niem. gniew) to nazwisko nowego śledczego na kryminalnej scenie...
Właśnie skończyłam tę książkę i tak sobie dumam o tym Zornie. Rozmyślam, jak go ugryźć. Podejmuję wysiłki, by polubić. Ba, by zaakceptować przynajmniej. No bo jak wywołać w sobie choć odrobinę przychylnych uczuć dla osobnika skrajnie smętnego, cynicznego i leniwego? Jak lubić kogoś, kto nie lubi ludzi, nie lubi swej pracy, a nade wszystko nie lubi samego siebie? Abnegatów w literaturze kryminalnej mieliśmy już dużo. Nawet i Zorna porównywano już do tych "wielkich" - Rebusa na przykład. Mnie samej, z tym swoim chorobliwym tumiwisizmem wyjątkowo skojarzyl się z Moerckiem Adlera-Olsena. Tyle że Moerck w decydującym momencie potrafił wykrzesać z siebie iskrę zapału, ruszyć cztery litery i uratować niewinne dziecię, schwytać zbrodzienia, a ten... Zorn? No dobra, w kulminacyjnym momencie Zorn istotnie rusza cztery litery, podejmuje właściwą decyzję, by przyskrzynić bandytę, ratuje z wielkich opresji niewinne dziecię, ale jakoś polubić go nie zdołałam.

Co innego jego partner, a właściwie podwładny Schröder, niepozorny, niewyględny, ale zabójczo inteligentny, zaangażowany i wykonujący za Zorna całą brudną robotę, a w dodatku posiadający szereg umiejętności, o które nikt, nawet zblazowany szef, go nie podejrzewa. I to jest prawdziwy bohater tej powieści! Nie od dawna wiadomo, że dobrze wykreowany bohater, w szczególności w przypadku literatury kryminalnej, to połowa sukcesu. Tutaj, mimo sympatii i antypatii znakomicie wykreowanych bohaterów jest dwóch, a ich interakcje, dialogi, zgryźliwości i złośliwostki, przepychanki słowne i ukryty czarny humor to już nie połowa sukcesu, ale cały.

Ale ja tu gadu gadu, a dziad gruszki rwie... Do rzeczy. A rzecz jest brutalna. Zdanie z okładki, które rzuciłam na wstępie na przynętę, to nic. Bo nie mówi ani trochę, co morderca uczynił tej biednej kobiecie w szczególe. Jest tego trochę i jest to materiał dla osób o naprawdę mocnych nerwach. Tym bardziej, że na tej jednej ofierze nie poprzestanie. Żeby było ciekawiej, w tym niedużym,nieciekawym i dość przeciętnym miasteczku od lat nie było żadnego morderstwa, a śledczy Zorn, siłą rzeczy, zadowalał się przewalaniem papierzysk. I nagle popełniona zostaje zbrodnia, z pozostawionych śladów wynika, że bestialska. Jest tylko jeden szkopuł - nie ma ciała... Skąd zatem wiadomo o zbrodni? Z gigantycznej kałuży krwi, znalezionej w piwnicy pewnego opuszczonego domu. Prędka analiza wykazuje, że jest to niezbicie krew ludzka, a nieco dokładniejsza, że ofiarą, która ewidentnie musiała się wykrwawić, była kobieta po pięćdziesiątce, z nadwagą, a co ciekawe, napompowana środkami przeciwbólowymi. Który morderca odurza ofiarę, by nie czuła bólu, by potem przez wiele godzin znęcać się nad nią w najgorszy z możliwych sposobów?...

Zagadek jest więcej. Już wkrótce spokojne miasteczko wzbogaca się o kolejną ofiarę. Zorn, chcąc nie chcąc, bierze się za sprawę, komenderując Schröderem, napotykając przy tym na pierwszą przeszkodę - wyszystko wskazuje na to, że śledztwo jest sabotowane przez antagonistę Zorna, prokuratora Sauera. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy po paru dniach Sauer zawisa rankiem na kościelnej wieży, by roztrzaskać się na miazgę na warzywnym targu.

Intryga jest niezła, może nie powalająca, ale zarysowana w sposób wyjątkowo trzymający w napięciu. Parę razy autorowi udało się mnie zaskoczyć, co nie jest rzeczą łatwą. Mało tego, wszystkie wątki rozwiązuje w sposób zadowalający, wyprowadza na prostą zagmatwane ścieżki, a nawet serwuje odrobinę Hollywoodu w kulminacyjnej scenie, w której żywioł łączy swą destrukcyjną moc z mrocznym umysłem zbrodniarza. Nie udało mu się wprawdzie uniknąć paru iście irytujących i szablonowych rozwiązań, łącznie z tym, którego nie cierpię - kiedy to zbrodniarz, trzymając stróża prawa na przysłowiowej muszce, w długich tyradach eksplikuje jak, po co i dlaczego zrobił to, co zrobił, a czego nie zrobił, i też dlaczego, dając dzielnemu policjantowi czas i sposobność na odwrócenie kota ogonem i z łowczego stać się zwierzyną. Wybaczam to jednak wielkodusznie, ponieważ cała reszta wyjątkowo mnie przekonała, ubawiła, dostarczyła paru godzin niekłamanej frajdy i pierwszorzędnego napięcia. 


Powieść żyje jednak nie intrygą, a znakomicie zarysowanymi postaciami, łącznie z osobą psychopatycznego mordercy, dobrymi dialogami i szczyptą czarnego humoru, tym rodzajem dystansu do świata, który lubię najbardziej. To nie jest nabzdyczona próba piętnowania grzechów tego świata, dramatyczne pławienie się w lamentach, jaki ten świat jest zły, tylko rozrywka. Dobra rozrywka.

Na jesień zapowiada się drugi tom o parze osobliwych komisarzy i skłamię mówiąc, że mnie to nie cieszy.
Moja ocena: mocna czwórka z plusiskiem! (4+/5)


Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję pani Lenie Schweins z wydawnictwa Fischer Verlag. 

niedziela, 15 lipca 2012

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 29/2012




Ale się dzieje! Na liście Spiegla sensacyjne zawirowania, o których koniecznie muszę donieść. Poniższe notowanie jest świeżutkie, z jutrzejszego poniedziałku, 16 lipca 2012.

Wydania kieszonkowe (Taschenbücher):



1. James E. L. Shades of Grey. Geheimes Verlangen (oryg. Fifty Shades of Grey 01, pol. 50 twarzy Greya, Sonia Draga, zapowiedź listopad 2012)
2. Nicolas Barreau Das Lächeln der Frauen (pol. Sekretne składniki miłości, wyd. Bukowy las)
3. Zsuzsa Bánk Die hellen Tage (pol. zapowiedź Wydawnictwa Czarne w serii Proza Świata, październik 2013)
4. Lucinda Riley Das Mädchen auf den Klippen (oryg. The Girl on the Cliff, pol. Dziewczyna na klifie, zapowiedź wyd. Albatros)
5. Alex Capus Léon und Louise (pol. -)
6. Kate Morton Die fernen Stunden (oryg. The Distant Hours, pol. -)
7. Wolfgang Herrndorf Tschick (pol.-)
8. Nele Neuhaus Unter Haien (pol.-)
9. Siri Hustvedt Der Sommer ohne Männer (oryg. The summer without men, pol. -)
10. Monika Peetz Sieben Tage ohne (pol.-)


Love is in the air... chciałoby się zaśpiewać, widząc to, co się dzieje w pierwszej dziesiątce. Wraz z nastaniem letnich temperatur poznikały wszystkie kryminały, a Niemców opętały dzikie namiętności, miłosne uniesienia i romantyczne zwiewności. Ba, pierwsze miejsce ocieka seksem, czego na statecznej liście bestsellerów nie było od lat! Co się dzieje?... Szczerze mówiąc, sama nie wiem. Shades of Grey natychmiast po ukazaniu wytrysnęło (skąd to słowo?...) na pierwsze miejsce, ludzie w księgarniach pytają wyłącznie o tę książkę, gazety, nawet te najpoważniejsze, rozpisują się o niej, miotając gromy, że pornoliteratura dla sprzątaczek wdziera się na salony... Intrygujący fenomen tej książki pozostaje na razie zagadką. Polscy czytelnicy nie zostaną oszczędzeni - Sonia Draga zapowiada tę książkę na jesień (50 twarzy Greya) i aż mnie świerzbi z ciekawości, czy u nas też zawojuje umysły i dusze...

Poza tym cieszy fakt, że niemal wszystkie z bestsellerów, okupujących od tygodni listę, będą (lub już są) do kupienia w Polsce - Bukowy Las już wydał Nicolasa Barreau i jego Sekretne składniki miłości, Wydawnictwo Czarne zapowiada Zsuzsę Bánk, pojawi się też Dziewczyna na klifie Lucindy Riley. Mnie zaciekawił również Szwajcar Alex Capus i jego Léon und Louise, miłosna historia rozgrywająca się w historycznych klimatach międzywojnia, coś o łamaniu wszelkich konwencji i prześmiesznym podwójnym życiu, nominowana do nagrody Deutscher Bücherpreis.


Wydania w twardej oprawie (Hardcover):

1. Jonas Jonasson Der Hunderjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand (pol. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął)
2. Jean-Luc Bannalec Bretonische Verhältnisse (pol. -)
3. Rachel Joyce Die unwahrscheinliche Pilgerreise des Harold Fry (oryg. The Unlikely Pilgrimage of Harold Fry, pol. 2012 Niezwykła wędrówka Harolda Fry)
4. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 2. Gefährliche Liebe (oryg. The Hunger Games Catching Fire, pol. W pierścieniu ognia)
5. Suzanne Collins Die Tribute von Panem. Tödliche Spiele (pol. Igrzyska śmierci)
6. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 3. Flammender Zorn (oryg. The Hunger Games Mockingjay, pol. Igrzyska śmierci 3, Kosogłos)
7. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (oryg. Alfabethuset, pol. -)
8. Donna Leon Reiches Erbe: Commissario Brunnettis zwanzigster Fall (oryg. Drawing Conclusion pol. -)
9. Dora Heldt Bei Hitze ist es wenigstens nicht kalt (pol. -)
10. Tana French Schattenstill (oryg. Broken Harbour, pol. Port widmo, zapowiedź wyd. Albatros)


W porównaniu z wydaniami kieszonkowymi sensacji nie ma. Nadal mamy wyskakującego przez okno stulatka i bretońskie wakacyjne klimaty, Igrzyska śmierci nadal trwająm i nieprędko się skończą, Harold Fry wędruje i wędruje, Donna Leon uszczęśliwia kolejnym kryminałem, Alder Olsen też.
Zwracam natomiast uwagę na zabawną i ciepłą historię Dory Heldt, której inny bestseller "Wakacje z ojcem" właśnie został wydany przez Telbit. Tana French, obecna i na polskim rynku, zawojowała rynek kolejnym thrillerem, który pojawił się w zapowiedziach i w Polsce - Port widmo zostanie wydany przez Albatrosa.

Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że sezon letni, miłosny i ogórkowy kwitnie. Aż się chce zgadnąć, jakie wichry, namiętności i szarugi przyniesie nam książowa jesień...


piątek, 13 lipca 2012

Charlotte Rogan "Zgubieni" - no i jak tu się nie zgubić?

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2012-03-25
Tytuł oryginału: The Lifeboat

Tłumaczenie: Grażyna Smosna
Ilość stron: 304
Cena : 34,90 zł



Mam problem z tą książką - jest to bowiem kolejna pozycja z tych chwalonych, wybitnych podobno, ścinających z nóg - a tu w czasie lektury uczucie zachwytu nijak nie chciało się u mnie pojawić, i nic mnie z nóg nie ścięło. Tak dumam i dumam, analizuję to i tamto, i widzę wiele elementów, które podobały mi się szalenie, a jednak, pozostając przy terminologii marynistycznej, tsunami nie było.

Sama tematyka ma w sobie zalążek historii wyjątkowo poruszającej i dramatycznej - jak pewnie wszyscy już wiecie, chodzi o morską katastrofę liniowca (tu automatycznie nasuwają się skojarzenia z Titanikiem, ale nie, to nie ten statek, choć podobny czas). Do szalupy w chaosie akcji ratunkowej trafia przypadkowa zbieranina ludzi, w tym narratorka, dwudziestodwuletnia Grace Winter, świeżo poślubiona żona wpływowego bankiera, dla której zamążpójście stanowiło awans społeczny, a rejs - podróż ku nowemu, lepszemu życiu. Sęk w tym, że rozbitków było zbyt wielu. Szalupy, obliczone na mniej osób niż podano na burcie łodzi, choć dały tymczasowe schronienie czterdziestce pasażerów, niebezpiecznie balansują na granicy utonięcia, i może przetrzymają parę godzin, ale kto wie, kiedy nadejdzie pomoc i czy ocean będzie im przez cały czas sprzymierzeńcem. Ktoś będzie musiał ustąpić, by uratować resztę - tylko kto? I jak wyłonić nieszczęśnika?

Jak zawsze w przypadku zamkniętych, hermetycznych i skazanych na siebie społeczności, już po niedługim czasie w tygielku rozmaitych temperamentów i osobowości, indywiduów o najróżniejszym pochodzeniu, sile lub słabości charakteru, zaczynają mieszać się emocje. Dochodzi do psychologicznych (i nie tylko) prób sił, ważą się losy jednostek i całej grupy, manipulatorzy naginają słabych. W szalupie wrze. Tym bardziej, że pomoc nie nadchodzi, ani po godzinie, ani po pięciu, nie po jednym dniu, ani nawet po tygodniu. Zaczyna brakować wody, rozbitkowie są głodni, wyczerpani, niewyspani, poddani wyjątkowej psychicznej presji, pełni nadziei i desperacji. Jedno jest od początku pewne - Grace udaje się przeżyć. Jakim cudem, i kto jeszcze będzie zaliczał się do szczęśliwców, którzy nie wylądują za burtą, tego czytelnik dowiaduje się krok po kroku, odsłonę po odsłonie.

Powolność to jedno ze słów, które dobrze do tej ksiązki pasuje. Akcja toczy się leniwie, mimo że wydarzeniom na łodzi nie brakuje dramatyzmu. Autorka nie skupia się jednak na spektakularnej, fabularnej stronie tej opowieści, ale drąży głębiej, ukazując wachlarz moralnych dylematów, przed którymi stają pasażerowie. Zahacza przy tym o filozofię, porusza również aspekty prawne i próbuje narysować granice dowolności dokonywanych wyborów w sytuacji zagrożenia i ratowania życia. Do czego wolno nam się posunąć w imię ratowania własnej skóry? To pytanie Grace niespodziewanie musi zadać sobie w chwili, gdy sądzi, że jej morska odyseja została zakończona. Czekający ją proces o morderstwo okazuje się kolejną łodzią pełną rozbitków na bezkresie oceanu.

Niełatwe to tematy, ale fascynujące, wrzynające się głęboko w serce, siejące wątpliwości i prowokujące do wielu pytań. Skąd zatem brak achów i ochów w tej recenzji? Ano stąd, że uwierało mnie w tej powieści wykonanie. Autorka wybrała świetny temat, otwierający nieograniczone możliwości napisania znakomitej, przyprawiającej o dreszcz historii, a przy tym miała okazję porzucenia płycizn sztampowego thrillera morskiego i rzucenia czytelnika na głębię psychologicznej gry i poruszających rozterek moralnych. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że można to było zrobić lepiej, bardziej wyraziście, z pazurem, z większą namiętnością. Raził mnie rozdźwięk między dramatyzmem opisywanych wydarzeń a lakonicznością, zdawkowością narracji. Grace, młoda, naiwna dziewczyna o niezachwianej wierze w człowieka i jego moralny kręgosłup, powinna kipieć emocjami, powinien buzować w niej ogień nadziei, zwątpienia, jej narracja powinna ocierać się o szaleństwo! To, co tu mamy, to beznamiętne i monotonne klepanie, ze pani Cook spojrzała krzywo na panią Fleming, a pan Hoffmann odburknął nieuprzejmnie panu Hardiemu. Nawet jej dywagacje i rozterki, zamiast gęsią skórkę, wywoływały u mnie najwyżej znużenie. Spodziewałam się więcej emocji i namiętności (nawet nie akcji, nie myślcie sobie, że jestem jakiś junkie, którego rusza tylko krew, ogień i ból) a nie chłodnej relacji, która mogłaby wyjść z ust wyrzuconej na brzeg ryby. Życzyłabym sobie więcej szalejących bałwanów, a mniej sennego pluskania letniej wody.

Dlatego daję tylko trójkę, doceniając jednak uwypuklenie ciekawych aspektów psychologicznych i niecodzienną fabułę. Moja ocena: 3/5.