Ads 468x60px

środa, 16 stycznia 2013

Daniel Woodrell "Winters Knochen" (Do szpiku kości) - to nie jest kraj dla młodych dziewcząt


Wydawnictwo: Heyne
Originaltitel: Winter's Bone
Przekład na niemiecki: Peter Torberg
Ilość stron: 240
Cena: 8,99 €
Cena e-booka: 7,99 €
Nie chciałam tej książki i jej nie szukałam. To ona znalazła mnie. Okazuje się, że nawet najlepsze internetowe wyszukiwarki i podpowiadacze w księgarniach online nie dorównają zwykłej, staroświeckiej wizycie w księgarni, spędzonej na kilku godzinach leniwego szperania pośród wystawionych tomów. I chwała pracownikom mojego monachijksiego Hugendubla za to, że misternie i w przemyślany konstruują książkowe stoliki, na których można znaleźć zbliżone tematycznie lub klimatem pozycje, niczym koszy wiktuałów o doskonale harmonizujących smakach. To tam na mnie czekała, pośród nieco oddalonych od mainstreamu, niszowych, osobliwych powieści amerykańskich.

Plakat do adaptacji filmowej
"Do szpiku kości" to opowieść, którą w Polsce znają pewnie nieliczni, a jeśli już to raczej z nominowanej do Oskara filmowej adaptacji niż z amerykańskiego oryginału. Opowieść z pozoru banalna i zbyt prosta, by oprzeć na niej złożony epicki kawałek. Oto jakże typowa, biedna prowincja, choć tu akurat naprawdę bardziej pasowałoby dosadne słowo "zadupie". Akcja, gdyby nie parę współczesnych atrybutów, równie dobrze mogłaby być zakorzeniona w latach pięćdziesiątych, a nawet jeszcze wcześniej, w czarno-białych czasach westernu, kiedy to ludzie rządzili się własnymi prawami, i prawa te bezwzględnie, nie bacząc na szeryfa, egzekwowali. Ree Dolly jest szesnastolatką, przedwcześnie skonfrontowaną z tak zwaną prozą życia - jeśli ktoś operuje stereotypem amerykańskiej nastolatki, opływając w luksusowych dobrach, emocjonującej się fejsem i plotkami o celebrytach, to tutaj ten wizerunek kompletnie mija się z rzeczywistością. Ree zastępuje swym dwóm młodszym braciom matkę, choć ta żyje, ale od dawna oderwana od rzeczywistości, nafaszerowana farmakologią, by w ogóle móc egzystować siedząc całymi dniami w fotelu. Gorzej, że pewnego dnia musi zastąpić im również ojca - ten wychodzi z domu i nie wraca, nie mówiąc, dokąd się udaje. Ree zatem gotuje, pierze, rąbie drewno na opał, bowiem zimy w tej okolicy nie należą do łagodnych, troszczy się o wegetującą matkę, dawno zapomniała o szkole. I ledwie przędzie koniec z końcem, bowiem bieda tu już nie piszczy, a skrzeczy przeraźliwym tonem. Sytuacja staje się dramatyczna, gdy pewnego dnia do domu puka miejscowy policjant, informując, że jeśli w ciągu tygodnia daddy się nie znajdzie, rodzina straci dom. Tatuńcio bowiem, zawodowo zajmujący się gotowaniem amfy, ma karę w zawieszeniu i termin u sędziego. W dodatku założył kaucję w postaci domu, która przepadnie, jeśli punktualnie się nie stawi w sądzie. Ree zaczyna rozpaczliwe poczukiwania...

Brzmi banalnie, a jednak opowieść ta opowiedziana jest z takim impetem, z tak zimną precyzją, z tak bezwzględną twardością, że śmiem zaryzykować stwierdzenie: to jest cholernie dobra proza. Pomijajam językowe walory, które same w sobie są powalające, tak do bólu intensywne, że opisany  świat wchłania nas bez reszty, zdziera ubranie i dotyka bezpośrednio nagiej skóry, zapewniając doznania, równające się wyłącznie z "być tam na miejscu i przeżywać to razem z nimi". Kiedy zgraja kobiet z sąsiedniej osady masakruje niemal do nieprzytomności Ree, czytelnik czuje przenikający ból każdego kopniaka, strużki krwi wypływające z wybitych zębów, smród kału i uryny. A potem, kiedy razem z przyjaciółką chłodzi sponiewierane ciało w lodowatej wodzie jeziora, jego ciało martwieje wraz z nią, a orzeźwiający chłód przynosi ukojenie. Jakość tej prozy tkwi w każdym szczególe, w zaskakujących obrazach, w momentach pełnych ciepła i nieporadnej czułości, ale i w niewyobrażalnej sile ducha, w jaką autor wyposażył swą bohaterkę, sprzeciwiającej się bezwzględnej dominacji mężczyzn i reguł, których się nie łamie. Ree próbuje je skruszyć. Jest w tym bezgraniczna posępność, smutek porzuconych, zapomnianych przez Boga, ale i światełko nadziei na końcu, nikłe i blade, ale jest. Znakomita książka. Może znajdzie i Ciebie?


Pierwsze zdanie: "Ree Dolly stała o brzasku na zimnych schodach swego domu, wietrząc w powietrzu nadciągającą zadymkę, i patrzyła na mięso."
Gdzie i kiedy: USA, Wyżyna Ozark, współcześnie
W dwóch słowach: mroczna i przejmująca
Dla kogo: dla miłośników kryminałów Lee Burke'a i dobrej, twardej prozy bez ozdobników
                        Ciepło / zimno: 88°

wtorek, 15 stycznia 2013

Antysłowo roku


W dniu dzisiejszym jury, złożone z najwybitniejszych niemieckich językoznawców, wybrało "antysłowo roku 2012" (Unwort des Jahres). Zostało nim:

Opfer-Abo.

Zanim weźmiemy się za przetłumaczenie tego pojęcia, należy się Wam parę słów wyjaśnienia. Otóż  pojęcia użył tego Jörg Kachelmann, jeden z najpopularniejszych zapowiadaczy pogody w niemieckiej telewizji, choć z urodzenia Szwajcar. Kachelmann był prawdziwą instytucją - zabawny, kompetentny, elokwentny. Ludzie go uwielbiali. Do momentu, gdy jego eksprzyjaciółka oskarżyła go publicznie o gwałt i wniosła sprawę do sądu. Cała historia ciągnęła się przez wiele miesięcy, Kachelmann przez wiele miesięcy siedział w areszcie, nie chciano go zwolnić za kaucją, bowiem istniało podejrzenie, że zmyje się do swego kraju, by uniknąć odpowiedzialności. Publicznie prano całe kotły brudów, wywlekano najintymniejsze szczegóły pożycia prominentnego "pogodynka" i jej przyjaciółki, przeczucano się argumentami świadczącymi za i przeciw jego winie. Wreszcie Kachelmanna w głośnym procesie uniewinniono. Ten, półtora roku po zakończeniu całej sprawy, dał wyraz swemu rozżaleniu i w wywiadzie-rzece mówił o sądownictwie, obwiniającym mężczyzn "z klucza", a także o tym, że naprawdę życzyłby sobie, by każdy gwałciciel trafił za kratki, ale w dzisiejszych czasach zniesławienie stało się chętnie wybieranym i wyjątkowo skutecznym narzędziem zemsty. Kobiety zaś mają abonament na bycie ofiarą - zawsze nimi są, nawet jeśli są sprawczyniami. I tak pojawiło się słowo "Opfer-Abo".

Jury w uzasadnieniu werdyktu skrytykowało to pojęcie za to, że w sposób "ryczałtowy i nieakceptowalny insynuuje kobietom wymyślanie przemocy seksualnej i tym samym wchodzenie w rolę sprawczyń".

Antysłowo roku, czyli manipulacja językowa, która służy zaciemnianiu, fałszowaniu, ukrywaniu faktów i intencji, wybierana jest rokrocznie, nieprzerwanie od 1991 roku. W zeszłym roku zostało nim pojęcie "Döner-Morde" czyli "kebabowe morderstwa", popełniane przez neonazistowską komórkę terrorystyczną na obywatelach głównie pochodzenia tureckiego (o tym bliżej innym razem).

Fajna inicjatywa? Warto przeprowadzać takie plebiscyty? Czy nasze "Srebrne usta" dorównują "Antysłowu roku"? A może znacie jakieś polskie "antysłowa"?

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Lista bestsellerów tygodnika Spiegel - notowanie 3/2012


Mamy nowy rok, nowe książki i nowe listy bestsellerów. Słynna lista bestsellerów tygodnika Spiegel, będąca wymiernikiem rynku wydawniczego i trampoliną do sukcesu, wprowadziła pewne novum: otóż nie ma już podziału na książki w twardej i miękkiej oprawie. Jest podział na:

  • książki w twardej oprawie (Hardcover)
  • książki paperback
  • książki w miękkiej oprawie (Taschenbücher). 
Długo dumałam nad różnicą między punktem 2 i 3, nawet w sobotę zatrzymałam się w księgarni Hugedubel przez regałem z wystawionymi wszystkimi bestsellerami, poszperałam wreszcie na stronie Spiegla i wiem, w czym rzecz (aczkolwiek sens podziału listy na trzy wymyka się memu rozumieniu). Otóż: twarda oprawa to twarda oprawa, tu nie ma nic do rozumienia. Paperback to książka w miękkiej oprawie ze skrzydełkami o wysokości strony co najmniej 20,5 cm, Taschenbuch to wszystko, co nie jest ani twardą oprawą, ani paperbackiem. I już wszystko wiemy:-)

No to jedziemy:

Bestsellery w twardej oprawie (Hardcover): 

1. Timur Vermes Er ist wieder da (pol.)
Pisałam o tej książce tutaj. To nie jest efemeryda jednego tygodnia, to jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów wydawniczych przełomu roku. Chodzą słuchy, że książka zostanie wydana w Posce. Szykujcie się na skandal!


2. Nele Neuhaus Böser Wolf (pol.)
Jestem w trakcie słuchania audiobooka i stwierdzam, że kryminał ten wsysa jak gigantyczny odkurzacz. Powiem jedno: BUOAAA!... Nele Neuhaus rulez!



3. Anne Gesthuysen Wir sind doch Schwestern (pol.)
Nie miałam pojęcia, o czym jest ta książka, poszperałam i znalazłam taki blurb: "Porywająca powieść o ciotkach i minionym stuleciu". What the f...?!...



4. John R. R. Tolkien Der Hobbit 
Nie wymaga żadnego komentarza. 



5. Ken Follet Winter der Welt (oryg. Winter of the World, pol. Zima świata, wyd. Albatros listopad 2012)
W Polsce "Zimę" przyjęto raczej chyba chłodno, w Niemczech Folleta uporczywie się fetuje. Kto ma rację?

6. Charlotte Link Im Tal des Fuchses (pol. -)
Zdetronizowana przez Neuhaus królowa niemieckiego kryminału i tak ma się nieźle. Ja zaś mimo obietnic książki tej nadal nie przeczytałam, ale obiecuję poprawę. 



7. John Green Das Schicksal ist ein mieser Verräter (oryg. The Fault in Our Stars, pol. -)
Książka z gatunku tych, których się boję, i dodam, że nie jest to horror. Opowieść i miłości i o śmiertelnej chorobie nastolatka, czyli niebezpieczna mieszanka, w jakiej łatwo o tani sentymentalizm i sliozy. Tutaj rzekomo autor świetnie wybalansował emocje. Mam ją, więc pewnie niedługło przeczytanie recenzję.



8. Tommy Jaud Übermann (pol. -)
Jaud to specjalista od książek humorystycznych - ale jego poczucie humoru nie trafia do każdego. Sama zarykiwałam się nad inną jego powieścią, którą mój miaużon odłożył po paru stronach z mieszaniną niesmaku i braku zrozumienia. 


9. Carlos Ruiz Zafon Der Gefangene des Himmels (oryg. El prisioniero del cielo, pol. Więzień nieba, Muza 2012)
W Polsce znany i kochany, ale do "moich" autorów nie należy. Co kto lubi.



10. Suzanne Collins Die Tribute von Panem. Gefährliche Liebe (The Hunger Games Catching Fire, pol. W pierścieniu ognia)
Myślałam, że szał już minął, ale liczby nie kłamią: sprzedaż idzie dalej, ktoś zatem to jeszcze czyta. 



Bestsellery paperback:


1. James E. L. Shades of Grey. Geheimes Verlangen (oryg. Fifty Shades of Grey 01, pol. 50 twarzy Greya, Sonia Draga) 



2.  James E. L. Shades of Grey. Gefährliche Liebe (oryg. Fifty Shades Darker, pol. Ciemniejsza strona Greya, wyd. Sonia Draga)




3. James E. L. Shades of Grey. Befreite Liebe (oryg. Fifty Shades Freed pol. 





4. Jonas Jonasson Der Hunderjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand (pol. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął)




5. Vina Jackson 80 Days - Die Farbe der Lust (oryg. Eighty Days Yellow, pol. Osiemdziesiąt dni żółtych, Amber 2012)



6. Vin Jackson 80 Days - Die Farbe der Begierde (oryg. Eighty Days Blue, pol. Osiemdziesiąt dni niebieskich, Amber 2012)




7. Andreas Föhr Schwarze Piste (pol. -)
Pierwsze sześć pozycji pozostawiam bez komentarza - albo już o tym było, albo po prostu nie ma nic do dodania, bo koń jaki jest, każdy widzi....



8. Jean - Luc Bannalec Bretonnische Verhältnisse (pol. -)
Dla mnie to taki babciowy kryminał - intryga ugłaskana, grzeczna, przewidywalna, komisarz porządny chłop, a w dodatku wszystko to w kulisach urlopowej sielanki - Niemcy Bretanię lubią i jeżdżą tam namiętnie na urlopy, więc ta powieść to jakby przedłużenie wakacji. Nuda. 

9. Rita Falk Grießnockerlaffäre (pol.-)
Kulinarno-humorystyczne klimaty z trupem w tle? Niesprawdzony przeze mnie i chyba grząski teren... 



10. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 01: Die Herren von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 1-359), pol. Gra o tron)
Ale czemu znowu część pierwsza? Niemcy czytają apiać od początku?...




Bestsellery kieszonkowe (Taschenbücher):

1. Carlos Ruiz Zafon Marina (pol. Marina)
W zasadzie bez komentarza.



2. Zsuzsa Bánk Die hellen Tage (pol. zapowiedź Wydawnictwa Czarne w serii Proza Świata, październik 2013)
Niesamowite, jak długo utrzymuje się ta książka na liście - niespektakularna, cicha, spokojna.



3. Nicolas Barreau Das Lächeln der Frauen (pol. Sekretne składniki miłości, wyd. Bukowy las)
Niezmiennie od wielu miesięcy - czy ktoś zbadał fenomen takich powieści?



4. Cody McFayden Der Menschenmacher (oryg. The Innocent Bone, pol. -)
Ten autor mocnych kryminałów psychologicznych jest Niemczech niezmiernie popularny - praktycznie wszystko, co napisze, ląduje na liście bestsellerów. Ta pozycja początkowo świetnie sprzedała się w twardej oprawie, teraz pora na drugie żniwo - w wydaniu kieszonkowym. Sama nie znam, może ktoś z Was czytał? W Polsce ukazały się już trzy jego kryminały. 


5. Jacques Berndorf Eifel-Bullen (pol. -)
Pozycja z gatunku kryminału regionalnego. Autor ma swoich zagorzałych fanów, ja się do nich nie zaliczam, jakoś mnie nie ciągnie, ale coś w nich musi chyba być, skoro tak czytają?...


6. Yann Martel Schiffbruch mit Tiger (oryg. The Life of Pi, pol. Życie Pi)
Znakomita książka, wskrzeszona dzięki ekranizacji. Tyle, jeśli chodzi o moc ruchomego obrazu...




7. Jo Nesbo Die Larve (oryg. Gjenferd, pol. Upiory)
Upiorów przedstawiać nie trzeba, w Niemczech królowały w twardej oprawie ponad rok temu, teraz mały come back jako wydanie kieszonkowe. Pisałam o tym tutaj




8. John R. R. Tolkien Der kleine Hobbit 
Mała rzecz, a cieszy:-)




9. Virginia Ironside Nein! Ich gehe nicht zum Seniorentreff! (oryg. The Virginia Monologues, pol. -)
Nie do końca rozumiem fenomen tych książek, inna rzecz, że żadnej nie czytałam. Tych różnych "Nie!" było już sporo, i wszystkie w kontekście starości, seniorów itepe. W Polsce zdaje się jedno wydawnictwo podjęło próbę zdobycia czytelników jakąś pozycją Ironside, ale chyba bez powodzenia. 



10. Hjorth & Rosenfeldt Der Mann, der kein Mörder war (oryg. Det Fördolda pol. Ciemne sekrety)
Miłośnicy kryminały na pewno już to znają, tym bardziej, że w Polsce króluje teraz kontynuacja tej powieści, "Uczeń". "Ciemne sekrety" to również mała reanimacja książki, która jakiś czas temu była bestsellerem jako paperback. Pisałam o niej tutaj


No i co Wy na to? Kręci Was coś? Znacie? Czekacie na ukazanie się niektórych tytułów? 

niedziela, 13 stycznia 2013

Andreas Brandhorst "Kinder der Ewigkeit" (Dzieci wieczności) - nieśmiertelność. A co potem?



Wydawnictwo: Heyne
Data premiery: 01.03.2010
Ilość stron: 688
Cena e-booka: 8,99 €
Cena wydania papierowego: 15,00 €
No dobra, zdaję sobie sprawę, że większość z Was, widząc, o jaką książkę tutaj chodzi, odwróci się obojętnie, a może nawet ze wstrętem. Niemiecki autor (fuj!), w dodatku piszący w gatunku fantastycznym (większość twierdzi, że nie lubi), mało tego, nie katujący na śmierć tematu wampirów lub przynajmniej słodkich elfów, tylko uprawiający egzotyczne, wymierające SAJĘS FIKSZYN (błe!). 

Czasem jednak warto zatrzymać się na tematach mniej popularnych (pal licho ilość wejść), by oddać hołd inności i niszowości (pewnie większość zacnych pisarzy s-f, którzy opuścili już ten ziemski padół, na słowo "niszowość" w kontekście fantastyki naukowej, przewraca się teraz w grobie z oburzenia, ale czyż nie jest tak, że - sądząc po ilości ukazujących się pozycji - gatunek ten, jeśli nie wymiera, to wyraźnie popadł w niełaskę czytelników i wydawców?). 

Andreas Brandhorst nie jest nikim anonimowym, można śmiało powiedzieć, że jest uznaną wielkością w pewnych kręgach, mało tego, nawet nieobeznani z fandomem zbledliby, słysząc, że z pisania fantastyki da się TAK żyć. Brandhorst wyrobił sobie markę jak tłumacz (a jak!), głównie dzieł Pratchetta ze Świata Dysku, ale również Iaina Banksa. Pisze też sam, pisze sporo, i - jak się zdążyłam przekonać po moim pierwszym rendez-vous z nim, pisze nieźle.

A przyznam, że podchodziłam do tej powieści pełna obaw. Obaw, że będę musiała przedzierać się przez wyeksploatowane wątki, zmagać z przyciężkawym stylem, topornymi portretami psychologicznymi, ograną fabułą - wszystkim tym, co stanowi fundament uprzedzeń większości czytelników wobec słowa pisanego pochodzącego zza Odry (szczerze, przyznajcie się, nie jesteście przypadkiem uprzedzeni co do niemieckich twórców beletrystyki?...). 

Obawy te okazały się całkowicie pozbawione podstaw. "Dzieci wieczności" okazały się lekturą frapującą, wciągającą, inteligentną i dobrze napisaną. Krótko o treści: rzecz dzieje się w dalekiej przyszłości. Po wielu tysiącleciach ludzkość opanowała podróże miedzygwiezdne, zrewolucjonizowała społeczne struktury, dokonała niesamowitego skoku względem rozwoju nanotechnologii, genetyki, a nawet, dzięki rzeczonym poradziła sobie z problemem śmiertelności. Wieczne życie nie jest jednak dostępne dla wszystkich, a jedynie dla najbardziej zasłużonych dla ogółu jednostek, które dzięki zaangażowaniu i pracy stać na przejście siedmiu etapów terapii, gwarantującej nieśmiertelność. Pracy? Owszem, pracy - w nowoczesnym społeczeństwie, w którym nikt pracować nie musi, jest to czynność dobrowolnej i niemal wyłącznie poświęcona badaniom naukowym, pozwalająca na uzyskanie ilości meritów (czegoś w rodzaju waluty) wystarczającej na terapię. Esebian, jeden z głównych bohaterów powieści, jest Konsulem - od nieśmiertelności dzielą go już tylko dwa etapy terapii i pięć tysięcy meritów - zarabia na wieczne życie w nieco odmienny od ogółu sposób. Jest płatnym mordercą. Właściwie byłym mordercą, bowiem od jakiegoś czasu usiłuje ułożyć sobie życie w legalny i zacny sposób, żałując obranej niegdyś w przeszłości ścieżki. I zamiar ten zapewne byłby się udał, gdyby nie nagłe zlecenie, które, gdyby się powiodło, zapewniłoby mu przeskok przez dwa ostatnie etapy ku wiecznemu życiu. Zlecenie, polegające na... zamordowaniu jednego z nieśmiertelnych, dostojnego El'Kalentara, członka wielkiego Dyrektoriatu, najmożniejszego z możnych.

Ten niemal kryminalny wątek nadaje książce tempa, ale jest zaledwie początkiem, jedną z nici, wokół których osnuto całą, pełną rozmachu, opowieść. Dość wspomnieć, że do morderstwa dochodzi, a Esebian staje się najbardziej poszukiwaną osobą we wszechświecie, ściganą przez cały aparat galaktycznych sił z pewnym prefektem na czele. Już wkrótce okazuje się, że morderstwo nie było morderstwem, zabójca sam staje się ofiarą, a obaj - ścigany i ścigający - wpadają na trop spisku, od którego zależeć będzie los ludzkości. I, zgodnie z teorią motyla, o tym losie zadecyduje jedna decyzja jednostki.

Zafascynowała mnie ta wizja przyszłości, zamaszysta, przemyślana, konsekwentna. Brandhorst potrafi zmajstrować z wielu występujących już w literaturze wątków (artefakty zaginionych cywilizacji, sztyczna inteligencja, wielość osobowości zamkniętych w jednym umyśle, kastowy układ społeczeństwa, tunele czasoprzestrzenne, skazy geneteczne, wykluczające niektóre jednostki z dobrodziejstw nieśmiertelności) spójną, porywającą koncepcję świata, którą odsłania niespiesznie, acz konsekwentnie, ukazując cały przepych, głębię, mnogość detali i przemyślane, doskonale uzupełniające się elementy. Im dalej zaś wchodzimy w ten futurystyczny wymiar, tym więcej nasuwa się pytań natury filozoficznej. O sens dążenia do nieśmiertelności. O granice rozwoju człowieka. O możliwości jego psychiki. I możliwości oraz ograniczenia gatunku ludzkiego jako takiego. 

Powieść nie należy do najłatwiejszych (mimo sensacyjnych wątków, które jak najbardziej popychają akcję naprzód), autor nie podaje na tacy wszystkich rozwiązań, wiele faktów staje się jasnych dopiero w miarę czytania, czasami mogą plątać się nam wszystkie te filigrany, teleporty, magistry i varioformy. Ale Brandhorst dopracował swoją koncepcję świata do tego stopnia, że niewykluczone, iż do niego powróci. Podejrzewam, że powrócę i ja. Bo cokolwiek sądzicie na ten temat, Niemcy potrafią pisać fantastykę. 


Pierwsze zdanie: "Esebian, wróciwszy do swego domu położonego nad jeziorami eksperymentalnymi Angaru, od razu wyczuł, że coś jest nie tak."
Gdzie i kiedy: nasza galaktyka, w odległej przyszłości
W dwóch słowach: inteligencja i rozmach
Dla kogo: dla wyrobionych fanów s-f i osób o nieograniczonych horyzontach wyobraźni
                       Ciepło / zimno: 77°

wtorek, 8 stycznia 2013

Alan Bradley "Tych cieni oczy znieść nie mogą" czyli lep na Świętego Mikołaja




Wydawnictwo: Vesper
Seria: Flawia De Luce 04
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Tytuł oryginału: I am Half-Sick of Shadows
Data wydania: październik 2012
Ilość stron: 274
Cena: 35,90 zł
Ach ta Flawia! Niepoprawna czarodziejka żonglująca retortami, wścibska smarkula niecofająca się przed niczym, by zaspokoić chorobliwą ciekawość, samotna mała dziewczynka tęskniąca za ciepłem mamy, uparta koza o przenikliwym umyśle... Mogłabym w ten sposób zapełnić parę arkuszy, a i tak żaden z epitetów nie oddałby jej kuriozalnego czaru. Zagorzali fani Falwii wiedzą, o czym mówię, pozostali albo skuszą się i wejdą do tego grona, albo skrzywią się, twierdząc: "no i co w tym takiego". 

"Lekka retruzja żuchwy Phyllis Wywern rzuciła mi się w oczy jak koń w poidełku dla ptaków" - to tylko jeden z wielu kwiatków, rosnących na tej osobliwej łączce. Tak jak się kocha Pratchetta, jak się kochało dawne powieści Chmielewskiej, tak można rozkochać się w tym, co schodzi spod pióra (lub klawiatury) Alana Bradleya, nie zapominając o Jędrzeju Polaku, którego wkład w ostateczny szlif tego dziełka jest niebagatelny. Nie sposób omawiać kryminałów o Flawii bez zająknięcia się o kunszcie tłumacza, który swym frazeologicznym bogactwem doskonale harmonizuje ze staroświeckim stylem tej prozy. 

Nie chce mi się rozbierać kolejnego tomu o przygodach Flawii na czynniki pierwsze, bo to tak, jakby odzierać starszą panią z przyodziewku - tu i ówdzie moga ukazać się pewnie niedoskonałości.    Pozostańmy przy tym, że w Buckshaw, historycznej wiejskiej rezydencji i domostwie rodziny de Luce nastaje Boże Narodzenie. Flawia, wiecznie jedenastoletnia pannica (w Buckshaw czas jakby stanął w miejscu, tylko Flawia co parę miesięcy znajduje gdzieś jakiegoś trupa), w zamiarze zastawienia pułapki na Świętego Mikołaja, by naukowo udowodnić jego ustnienie, warzy w swym chemicznym laboratorium lep. Lepem tym smaruje obficie spore obszary komina i dachu, bowiem jak powszechnie wiadomo, Mikołaj do środka wchodzi przez komin. Kto się na ten lep ostatecznie złapie, niech pozostanie tajemnicą, ale na pewno nie będzie to starszy pan w szkarłatach i z brodą. 

Na trupa zaś tym razem przyjdzie nam czekać dość długo. Gdzieś tak do połowy Bradley przypomina nam po kolei niemal wszystkich bohaterów poprzednich tomów, którzy przewijają się przez posiadłość, prezentując swe mniej lub bardziej zabawne przywary i dziwactwa. Każdy z nich to klejnocik, maleńki koh-i-noor, który ogląda się z przyjemnością, ale... jakoś ta parada zaczyna już trochę nużyć. Na szczęście w chwili, w której już myślałam, że koncepcja tej książki chyba już się zużyła, pojawia się wyczekiwany trup, Flawia zaś, w swoim żywiole, miesza, kręci, śledzi, maca, obdukuje, spada z dachu i cholera wie co jeszcze... Nie byłaby przy tym sobą, gdyby się nie wymądrzała o tych swoich ukochanych rodankach allilu, glikozydach cyjanogennych, a nawet zwykłym H2O. 

I dobrze, że się wymądrza, bowiem intryga kryminalna jest tutaj cieniutka jak kromka chleba w czasach wielkiego głodu. Cała heca z czytania tej książki tryska nie z zawiłości zagadki, z którą przyjdzie się nam zmierzyć, a z rozsypanych po stronicach smaczków - słownych i sytuacyjnych. Tyle że smaczki te zdążyły się już nam z czasem opatrzyć (a raczej osmakować), z rzadka tylko wzbudzając dreszczyk emocji i podsycając rozkosz ze znajdywania słownych rodzynek. 

Tym razem nie mamy tu wielkiej uczty, a zaledwie smaczny deserek, albo, by pozostać przy anglofilskiej terminologii, skromny five o clock. 


Pierwsze zdanie: "Kosmki zimnej wilgotnej mgły unosiły się nad lodem niczym niepocieszone duchy wyzipniętę przez umierających."
Gdzie i kiedy: Anglia, wioska Bishop's Lacey, około 1950
W dwóch słowach: kuriozalna i staroświecka 
Dla kogo: dla fanów Flawii, dla ceniących słowną maestrię i trącące myszką angielskie klimaty
                       Ciepło / zimno: 56°

niedziela, 6 stycznia 2013

Joanna Jodełka "Kamyk" czyli rzecz o ślepym przypadku


Wydawca: Świat Książki
Data wydania: 17 października 2012
Ilość stron: 253
Cena: 29,90 zł
W nowy czytelniczy rok wkroczyłam niby kryminalnie, ale gdyby ktoś pokusił się o dokładną analizę gatunku, do którego można by zaliczyć najnowszą powieść uhonorowanej Wielkim Kalibrem Joanny Jodełki, to zapewne padłyby takie zbitki jak "obyczajowa z wątkiem", "sensacyjna", "thriller", a i tak okazałoby się, że żadna z nich nie oddaje prawdy.

Zresztą nie bądźmy małostkowi, nie o szufladkowanie wszakże chodzi. Odnoszę nawet wrażenie, że pewne przełamanie konwencji i utartych skostniałych struktur jak najbardziej leżało w zamysłach autorki, która mogła przecież napisać pozycję bardziej klasyczną, a jednak tego nie zrobiła. O czym jest ta książka? Tak naprawdę o przypadku, o efekcie motyla, czy, jak w tytule, o kamyku, który dostawszy się między tryby maszynerii, może zakłócić rytm jej pracy, bądź zmienić bieg życia.

Zbrodnia jednak jest. Na ulicy zastrzelony zostaje właściciel pewnej poznańskiej firmy, a traf chce, że przypadkiem postrzelona przy tym zostaje pewna kobieta, Ewa Kochanowska, pracownica tej firmy i matka niewidomej dwunastoletniej Kamili, Kamyka. Kobieta ciężko ranna ląduje w szpitalu, a dziewczynką musi zaopiekować się - na skutek, znowu, przypadku - Daniel Koch (przypadkowa zbieżność nazwisk?), przebywający czasowo w Poznaniu biznesmen, mężczyzna w sile wielu, niezależny, niechcący się wiązać, przekonany o sobie i żyjący dla siebie. Traf również chce, że Kamila, jako jedyny, choć niewidzący świadek, jest w stanie rozpoznać mordercę. O tym policja, na skutek splotu rozmaitych przypadków (znowu) dowiaduje się jednak dosyć późno. W ogóle cała praca policji występuje tu tylko marginalnie, gdzieś tam za kulisami przedstawienia, które dzieje się na zupełnie innej scenie. Owszem, jest jakiś anonimowy zasmarkany policjant, jest jakaś w miarę bystra, choć nie mniej anonimowa psycholożka, jest prokurator, też bez imienia, któremu wszystko ładnie układa się w jedną całość, więc nie widzi powodu, by drążyć dalej i głębiej. Cała ta historia, całe śledztwo zresztą, potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby nie... przypadek. I zaniechanie. Bowiem z wtrącanych tu i tam niewielkich urywków dowiadujemy się, że zbrodnia ta wcale nie była tak anonimowa i niewyjaśnialna, jak mogłoby się zdawać. Tu i tam ktoś coś zauważył, dostrzegł, usłyszał. I zapomniał, wymazał z pamięci. Uznał za nieważne. I tak, to co zapoczątkował zwykły kamyk, przeradza się w lawinę wydarzeń, która zagraża również... Kamykowi.

Intryga kryminalna, z jej umotywowaniem, z wątkiem niewidomego świadka, do odkrywczych na pewno nie należy, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że stanowi tylko tło do pokazania czegoś innego: dwóch odrębnych światów, ścierających się z sobą w dramatycznych okolicznościach, świata Daniela Kocha, widzącego i zapatrzonego w siebie dorosłego mężczyzny i Kamili, niewidomej, acz wiedzącej wiele, apodyktycznej i dość suwerennej dojrewającej osóbki, umiejętnie manipulującej otoczeniem. I w tym tkwi moc tej książki, ukryta w precyzyjnie nakreślonych portretach dwóch głównych postaci (pomijam tu mdławą osobę matki, która chyba się autorce nie udała - a może właśnie taka miała być?), w zgrabnych, nasączonych humorem dialogach, w trafnych obserwacjach z życia wziętych.

Żeby nie było, że narracja gubi się w jakichś poplątanych nieokreślonych rozpsychologizowanych dywagacjach, należy nadmienić, że miejscami robi się ostro i dynamicznie, z porwaniami, bardzo męskimi akcjami, mordobiciem i tym podobnych. Jest też trochę rozkosznych stereotypów - postać geja fryzjera, choć sztampowa, dodała powieści smaczku, podobnie już mniej śmieszna postać tego typa od zabijania i jej puszczającej się laski. Ot, polskie klimaty i klimaciki.

Na plus poczytuję piękny język, pełen trafnych, precyzyjnych określeń, jakże inny i bardziej ożywczy niż niektóre z drewnianych i sztywnych tłumaczeń - dla operujących słowem zawodowo źródło nieocenionych inspiracji, dla zwykłego czytelnika rzecz może niewidzialna, przezroczysta, którą dostrzeże może tylko po tym, że przekmnął się po tekście jakoś gładziej i przyjemniej niż gdzie indziej.

Czy "Kamyk" jest objawieniem, które przewróci do góry nogami polskie zagłębie kryminałów? Raczej nie. Ale dostrzegam tu solidne rzemiosło, nietypowe zarysowanie akcji i frapujące postacie, których starcie budzi refleksje o inności, izolacji i kompatybilności naszych, niekiedy bardzo odrębnych światów. I już dla samego Kamyka, miotającego przekleństwa w stylu "i tak zdechniesz" oraz "śmierdzisz, chyba nigdy nie zmieniasz gaci", warto do tej książki zajrzeć.


Pierwsze zdanie: "Potem pamiętała tylko, że minął ją jakiś mężczyzna."
Gdzie i kiedy: Poznań, współcześnie
W dwóch słowach: nietypowa i zastanawiająca
Dla kogo: dla miłośników polskich realiów i silnych portretów psychologicznych
Ciepło / zimno: 63°



Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Anety "Czytamy kryminały". 

piątek, 4 stycznia 2013

Rachunek sumienia


Ani się człowiek obejrzał, a maluch z numerem 2012, którego witaliśmy w zeszłoroczną sylwestrową noc, zmężniał, wydoroślał, a potem nieuchronnie zaczął dziadzieć, i wreszcie odszedł, ustępując miejsca rozpychającemu się Nowemu. Nowy jest na razie w powijakach, wymachuje ochoczo nóżkami, więc zanim się zacznie panoszyć na dobre, podliczę to, co czytelniczo wydarzyło się u mnie przez ostatnie dwanaście miesięcy. 

Przeczytałam w tym czasie 110 książek, z tego 50 po polsku, 60 po niemiecku i dwie po angielsku. Były wśród nich takie, które zapamiętam na długo, były także niemożebne gnioty, o których pamiętać nie chcę. Tych pierwszych było zdecydowanie więcej, toteż wybór tych najlepszych sprawił mi ogromne trudności. Piątki najlepszych nie zdołałam wybrać, pozwólcie więc, że przypomnę Wam pierwszą dziesiątkę tych, które podobały mi się najbardziej. Kolejność jest alfabetyczna, bo próby wskazania tej najlepszej spełzły na niczym.

1. Tana French Schattenstill 



 2. Oliver Harris London Killing


3. Liza Marklund Weisser Tod 

4. Robert McCammon Magiczne lata

5. J. K. Rowling Ein plötzlicher Todesfall

6. Richard Schwartz Das Erste Horn

7. Vincent V. Severski Niewierni

8. Mark Allen Smith Der Spezialist

9. Arno Strobel Das Wesen

10. Catherynne M. Valente Nieśmiertelny

Nie wiem, na ile fakt, że w pierwszej dziesiątce znalazły się zaledwie trzy pozycje fantastyczne, jest związany z kondycją gatunku, a na ile wyborem lektur, faktem jest, że w ubiegłym roku zdecydowanie dominowały kryminały. Osiem z moich faworytek można lub można będzie przeczytać po polsku. Trochę smuci okoliczność, że tylko jeden polski autor przebił się przez światowe towarzystwo, choć wielu było blisko (Bartłomiej Rychter, Marta Guzowska, Anna Fryczkowska i Marek Krajewski to na pewno polski olimp, który okupuje drugą dwudziestkę moich ulubionych lektur). 

Miniony rok przyniósł dla mnie rewolucyjne zmiany w kwestii wgryzania się w czytelniczą materię. Polubiłam audiobooki, zaprzyjaźniłam się z e-bookami, pod koniec roku zaś zawitał u mnie sprzęcik, dzięki któremu mam nadzieję czytać więcej i uniezależnić się od ciężkich cegieł - kindle paperwhite jest właśnie w fazie testowania, a ponieważ dziś zakupienie wraz z dostawą trzech polskich książek zajęło mi zaledwie kwadrans, wierzę, że kindelek przybliży mnie do tego, co dla Was jest na wyciągnięcie ręki, dla mnie zaś dotychczas było dostępne, ale z przeszkodami - do polskiego rynku książki. 

W tym roku jak nigdy zbliżyłam się do tych, którzy są solą i korzeniem naszych wspólnych pasji - bez nich nie byłoby czytania, przeżywania i blogowania. Mowa o autorach. Byłam na spotkaniach autorskich ze śmietanką międzynarodowego kryminału: Lizą Marklund, Jefferym Deaverem, Anthonym Horowitzem, Tess Gerritsen, przeprowadziłam wywiady z Volkerem Klüpfelem i Michaelem Kobrem, z Hanną Winter, z Inge Löhnig. Z tą ostatnią autorką spędziłam nie tylko wiele tygodni, tłumacząc jej dwie znakomite powieści, ale i fantastyczne, bardzo intensywne godziny - raz na wieczorze autorskim, raz prywatnie w kawiarni, kiedy poświęciła mi swój cenny czas na rozmowę. Wrażenia z tych spotkań mogliście przeczytać na portalu Zbrodnia w Bibliotece, który stał się dla mnie drugim domem. 

Nie sposób nie wspomnieć tego bloga, który narodził się w początkach stycznia i pochłonął mnie bez reszty, przerastając wszelkie oczekiwania odnośnie ilości odsłon, czytelniczych znajomości - ba, przyjaźni wręcz, ale i niedającej się porównać z niczym innym satysfakcji, jaką daje. 

Mam nadzieję zostać z Wami dłużej, nadal nagabywać i nękać niemieckimi nowościami i bestsellerami, kontynuować zaczęte cykle o nieprzetłumaczalności oraz zbrodni prawdziwej. Będą też zmiany - rezygnuję z pięciogwiazdkowej skali ocen, nie sprawdza się, jest błędnie odczytywana przez wielu czytelników. Przez jakiś czas nosiłam się z myślą zlikwidowania wszelkich mierników i ocen, ale po namyśle doszłam do wniosku, że jakaś mierzalność lektur przydaje się i potencjalnym nabywcom książek, i mnie. Wzorem niemieckiego portalu Krimi-Couch wprowadzam skalę stustopniową: od poziomu zero (flop) po wrzące sto stopni (hot):
Skala ta nie ma służyć do wartościowania przeczytanych książek, ale do unaocznienia moich prywatnych odczuć, emocji i wrażeń z lektury - będzie więc nadal subiektywna, niesprawiedliwa i nieporównywalna. Moja po prostu. Zaglądajcie do mnie!