Ads 468x60px

środa, 8 lutego 2012

Jestem Thomas Mann - młody niemiecki slang



W dzisiejszej Süddeutsche Zeitung ukazał się arcyciekawy wywiad z niemiecką lingwistką profesor Heike Wiese. Tematyka - o aktualnych zjawiskach we współczesnym młodzieżowym języku niemieckim.

Profesor Wiese od dawna zajmuje się młodzieżowym slangiem wielokulturowych wielkomiejskich aglomeracji i postuluje odrzucenie wszelkich uprzedzeń wobec jego "ułomności". Według niej to, co konserwatywni orędownicy czystości języka nazywają "kurczącą się gramatyką" (Schrumpfgrammatik) i kaleczeniem mowy Goethego jest zjawiskiem fascynującym, które należy przyjąć w sposób naturalny, jako kolejny, nowy wariant niemczyzny. Nie wartościuje ona "Kiezdeutsch" (czyli niemczyzny, panującej w wieloetnicznych środowiskach Berlina), tylko uznaje jako pełnoprawny, równoległy wariant, który nazywa nawet "turbodialektem", ze względu na jego błyskawiczny rozwój. Profesor Wiese wychodzi z założenia, że nowomowa ta jest integralną częścią języka niemieckiego, w odróżnieniu od np. niemczyzny, którą posługują się japońscy turyści, którzy języka tego nie opanowali w stopniu dostatecznym. Turboslangiem "Kiezdeutsch" to język tych, którzy urodzili się i wychowali w Niemczech.

Spodobało mi się to podejście do języka i już widzę, jak się sypią gromy na głowę biednej pani profesor, że jak to, że to nie jest niemiecki, że nie można akceptować zubożenia języka itepe... A ja się uśmiecham, bo berliński turboslang dotarł już nawet do przytulnej Bawarii - już mnie nie dziwi, dlaczego co drugie zdanie kolegów-gimnazjalistów mojego syna kończy się słówkiem "ischwöre"...

Przy okazji warto wspomnieć, że młodzieżowy dialekt jest tworem niezwykle kreatywnym i barwnym. Od paru lat zaopatruję się w coroczną edycję książeczki "Jugendsprache uplugged", nie mogąc wyjść ze zdumienia nad wyobraźnią twórców i użytkowników takich wyrażeń jak "Arschfax" (dosł. faks z dupy) czy "Kukidentbande" (to powinno być jasne), "Karussellfleisch" (mięso z karuzeli) czy "Hausfrauenpanzer" (czołg gospodyni domowej)... Nie wiecie, co oznaczają te zwroty? Rozwiązanie poniżej.

Acha, jeszcze słówko wyjaśnienia odnośnie tytułu postu: wywiad kończy się anegdotą. Otóż studenci pani profesor napisali pracę, której tytuł (j.w.) pochodzi z ust młodego człowieka, idącego jedną z ulic Poczdamu i komunikującego do komórki "Ich bin Thomas Mann". I jak tu się nie śmiać...

Książka prof. Heike Wiese



Rozwiązanie:
1. Arschfax - metka majtek, wystająca spod spodni
2. Kukidentbande - grupa emerytów
3. Karussellfleisch - kebab
4. Hausfrauenpanzer - wypasiony samochód terenowy, SUV

Wpadliście na to?



„Kiezdeutsch“ – krótkie wprowadzenie

-          rezygnacja z przyimków i rodzajników przy podawaniu lokalizacji: „Ich bin Schule“
-          stosowanie neologizmów oznaczających tryb rozkazujący: „Lassma Kino gehen“, „Musstu Pärschen-Date machen
-          neologizmy dla podkreślenia wiarygodności wypowiedzi: „Ihre Schwester ist voll ekelhaft, ischwöre”
-          nowy szyk zdania: „Danach ich ruf dich an”, „Irgendwann in Schule isch fang an zu schlafen”
-          nowatorskie stosowanie partykuły „so”: nie stosuje się jej dla porównania, ale w celach zaprowadzenia nowego porządku w zdaniu. Stawiana jest ona przed podkreślanym elementem w zdaniu, jego punktem ciężkości: „Ich höre Alpa Gun, weil er so aus Schöneberg kommt”
-          nowe wyrazy obce, zaczerpnięte głównie z tureckiego i arabskiego: „lan” (Typ, Mann), „moruk” (Alter), „wallah” (Echt!), "yallah" (Los!)

wtorek, 7 lutego 2012

"Ziarno prawdy" Zygmunt Miłoszewski


Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Data premiery: 05.10.2011
Ilość stron: 400
Język: polski


Głośno o tej książce, oj, głośno. Jedni wyśpiewują peany na cześć twórcy kontynuacji "Uwikłania" - poprzedniej książki MIłoszewskiego, sfilmowanej właśnie ze Stenką w głównej roli (zmiana płci przez prokuratora Szackiego?...), inny wieszają na nim psy, obrażają się, a nawet wytykają powieści "publiscystyczne" zapędy i zbytni dydaktyzm. No to jaka ona w końcu jest, ta powieść? 

"Co za pieprzona dziura" - mówi prokurator Szacki o Sandomierzu, stawiając pierwsze kroki w najbardziej toskańskim mieście Polski. I to zdanie jest trochę kwintesencją, podsumowaniem tła książki. Bo wprawdzie Szacki, warszawski prokurator, zesłany na zadupie i rozpoczynający nowe życie w Sandomierzu, przyzwyczaja się z czasem do "pieprzonej dziury", ba, powoli zaczyna lubić jego magiczne miejsca, znajduje nawet przywoitą i jakże tanią kawę, to nie o magię tego miasteczka tutaj chodzi.

Oczywiście, mamy tu mord - całkiem nieźle skonstruowany wątek zabójstwa miejscowej działaczki społecznej. Pierwsze podejrzenia kierują się w stronę motywów religijnych - czyżby ktoś w idyllicznym Sandomierzu popełnił zbrodnię rytualną? Ale to nie intryga kryminalna stanowi o plusach tej powieści. Bo owszem, Miłoszewski z wytrawną sprawnością miesza tropy, wodzi za nos czytelnika, powoli odsłania kolejne kurtyny, bezlitośnie depcze po piętach bestii, mordującej zgodnie z motywami obrazu o antyżydowskiej wymowie, wiszącym w miejscowej katedrze, by na zakończenie obnażyć sprawcę, po którym nikt nie spojdziewał się zbrodni (no, może troszkę...), ale jak w dobrym winie o jakości lektury decyduje tu bukiet niuansów i smaczków, składających się na degustację. A do nich należą cięte dialogi, ciekawe, niesztampowe charaktery, świetny język, dzięki któremu tekst wchodzi jak nóż w masło, no i tło, dygresje, marginalia, ukryte komentarze.

Dużo się mówiło wokół tej książki o piętnowaniu polskiego antysemityzmu, niektórzy nawet zarzucali jej zbytnio felietonowy charakter i istotnie, niekiedy wywody ciętego na wszelkie objawy zaściankowości, ksenofobii i kołtuństwa Szackiego (alter ego autora?) trącą tanią pedagogiką. Ale mnie się te szpile, wbijane w klisze, mocno zakorzenione w polskim światopoglądzie, niezmiernie podobały. Niech zawrze w polskim piekiełku! Popatrzcie, jakże to smakowite (Szacki do dziennikarzy o swym zamiarze wykrycia sprawcy): "Jest mi obojętne, czy to będzie wskrzeszony z martwych Karol Wojtyła, Ahmed z budki z kebabami, czy jakiś chudy Żyd (...), wypiekający macę w piwnicy. Ktokolwiek to jest, zostanie wyciągnięty za swoje zawszone pejsy z tej wilgotnej nory, w której się schował, i odpowie za to, co zrobił". Ha! Pokażcie mi takiego na naszej scenie tworzących literaturę bądź co bądź rozrywkową, który pisze w podobny sposób, nie boi się łamać tabu, nazywać rzeczy po imieniu i obrazoburczo naśmiewać się z polskich napuszonych ideałów i prowincjonalnych uprzedzeń! 

Niemiecka okładka "Uwikłania"

O jednym muszę tylko wspomnieć, o jednej łyżce dziegciu w tej beczułce pełnej miodu - o seksualnych eskapadach Szackiego. No żesz ty, czy nie można wyposażyć protagonisty w jakieś normalne męskie atrybuty? Czy zawsze autor musi przelewać na papier jakieś swoje skryte żądze i marzenia, psując wizerunek głównego bohatera wyczynami rodem z trzeciorzędnych romansideł dla kucharek, dorabiając mu bujne życie łóżkowe? I ja mam uwierzyć w ten nieodparty urok pana prokuratora, który, biedaczek, nie może się opędzić od wstrząsanych żądzą mieszkanek Sandomierza (co najmniej jednej trzeciej żeńskiej populacji)? No ludzie, trochę więcej realizmu... Chyba, że może to miało być takie sarkastyczne przymrużenie oka autora...

Więcej temu dziełu naprawdę nie można zarzucić. Proszę państwa, nie narzekajmy, to jest naprawdę porządny kryminał, to się czyta, tego się nie ma co wstydzić. Po "Uwikłaniu", które rozczarowało mnie swoją dość naiwną, nieporadną intrygą i nienowym pomysłem na zagadkę kryminalną, udało się Miłoszewskiemu stworzyć kawał dobrej lektury. Dodam, że na niemieckim rynku ukazał się "Domofon" i "Uwikłanie". Dobrze byłoby, gdyby Niemcy nie wystraszyli się braku sukcesu wydawniczego tych pozycji, bo "Ziarno prawdy" na głowę bije poprzedniczki.
Moja ocena: 4,5/5.

"Baza recenzji Syndykatu ZwB" 

poniedziałek, 6 lutego 2012

Co czytają Niemcy cz. 2 - listy bestsellerów


Dziś poniedziałek, a zatem pora na kolejne notowanie listy bestsellerów. Przygotowałam zestawienie najlepiej sprzedających się książek w Amazonie, w kategoriach kryminały i fantastyka.


10 najlepiej sprzedających się kryminałów wg Amazon z 6.02.2012:

1. Jussi Adler-Olsen Das Alphabethaus (org. Alfabethuset, pol. -)
2. Charlotte Link Der Beobachter (pol. -)
3. Stieg Larsson Verblendung (oryg. Man Som Hatar Kvinnor, pol. Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet)
4. Stieg Larsson Verdammnis (oryg. Flickan som lekte med elden, pol. Dziewczyna która igrała z ogniem)
5. Stephen King Der Anschlag (oryg. 11/22/63, pol. Dallas'63)
6. Stieg Larsson Vergebung (oryg. Luftslottet som sprängdes, pol. Zamek z piasku, który runął)
7. Jussi Adler-Olsen Erlösung (oryg. Flaskepost fra P, pol. -)
8. Jussi Adler-Olsen Erbarmen (oryg. Kvinden i buret, pol. Kobieta w klatce)
9. Arno Strobl Das Skript (pol. -)
10. Jussi Adler-Olsen Schändung (oryg.  Fasandræberne, pol. Zabójcy bażantów)
(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)
 
Na liście powieści kryminalnych niewiele się zmieniło. Nadal jest okupowana przez Skandynawów, na pierwszym miejscu, jak przed dwoma tygodniami, nowość Jussi Adler-Olsena, którą w piątek odebrałam z biblioteki i właśnie czytam - recenzja wkrótce.
Jedyną nowością jest najnowcza powieść Arno Strobla "Das Skript", który jest niemieckim mistrzem thrillera psychologicznego, przez polskich wydawców jeszcze nie odkryty. Może się skuszę.


10 najlepiej sprzedających się książek fantasy i science fiction wg Amazon z 6.02.2012:

1. J. R. Ward Nachtseele. Black Dagger 18. (oryg. Lover Unleashed Part 2, pol. - 18 część cyklu Mroczny kochanek)
2. Patrick Rothfuss Die Furcht des Weisen. Teil 2 Die Königsmörder Chronik. Zweiter Tag (oryg. The Wise Man's Fear: The Kingkiller Chronicle: Day Two, pol. Strach mędrca: część 2)
3. Suzanne Collins Die Tribute von Panem 1-3 (oryg. The Hunger Games, pol. Igrzyska śmierci tom 1-3)  
4. Ally Condie Cassia & Ky 02. Die Flucht (oryg. Crossed, pol. -)
5. Christopher Paolini Das Erbe der Macht (oryg. Inheritance, pol. Dziedzictwo)
6. Richard Schwartz Die zweite Legion. Das Geheimnis von Askir 2 (pol.-)
7. George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 01: Die Herren von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 1-359), pol. Gra o tron)
8.  George R. R. Martin Das Lied von Eis und Feuer 02: Das Erbe von Winterfell (oryg. A Game of Thrones (Pages 360-674, pol. Gra o tron)
9. Stephenie Meyer Bis zum Ende der Nacht. Twilight 4 (oryg. Breaking Dawn, pol. Przed świtem
10. Charlaine Harris Vampire und andere Kleinigkeiten (oryg. A Touch of Dead, pol. Dotyk martwych)
(W zestawieniu pominęłam elektroniczne wersje.)

Mała rewolucja wśród fantastyki - na pierwsze miejsce wdarł się pociągający wampir, osiemnasta (!) część cyklu "Mroczny kochanek", który zaczął wychodzić również w Polsce. Cóż za gustowna okładka...
George R. R. Martin został zepchnięty do drugiej piątki, ale już atakują go kolejne dwa wampiry - zmartwychwstały wampir Edzio oraz książeczka z opowiadaniami ze świata Sookie Stackhouse "Dotyk martwych".
Cieszy jedynie mocna pozycja Rothfussa oraz powrót cyklu Richarda Schwartza. Schwartz uprawia klasyczne fantasy i należy do najpopularniejszych pisarzy fantastycznych w Niemczech, a jego właśnie wznawiany cykl "Tajemnica Askiru" zdobywa ponownie listy bestsellerów. Podobno jest niezły.


niedziela, 5 lutego 2012

Mira Grant "Feed. Viruszone" - nominacja do Hugo Award




Tytuł: Feed. Viruszone (tom 1 trylogii Newsflesh)
Wydawca: Lyx Egmont
Ilość stron: 512
Tytuł oryginału: Feed

Dziś wyjątkowy kąsek dla wszystkich fanów fantastyki - nominowana do Nagrody Hugo Award książka amerykańskiej pisarki Miry Grant (to pseudonim, pod którym ukrywa się Seanan McGuire), będąca pierwszym tomem trylogi Newsflesh. Już sam fakt nominacji, w połączeniu z zachęcającą okładką wystarczył, bym zamówiła książkę w amazonie na długo przed ukazaniem się. Nadeszła sporawa cegła, na którą rzuciłam się z godną bohaterów książki pożądliwością. 

Ktoś, kto zawiesi oko tylko na tekście z okładki, może się zrazić. No bo ile można wałkować wciąż ten sam temat, odgrzewany na tysiąc sposobów kotlet z paranormali? Wampiry, wilkołaki, cuda wianki, a teraz nawet... zombie?... Bez obaw, autorka nie uraczy nas kolejną romantyczną opowieścią o dozgonnej (ha, ha) miłości nieśmiałej nastolatki i przystojnego trupojada o niezwykłych zdolnościach. W książce nie znajdziemy miłości. Nie znajdziemy też wywołujących odruch wymiotny obrzydliwych scen rodem z serialu The Walking Dead (choć pisarka niewątpliwie inspirowała się tą historią).

W ogóle wizja, którą roztacza Mira Grant, jest odmienna od tego, czego można się było spodziewać - jest to wizja świata w niedalekiej przyszłości (lata czterdzieste naszego wieku), w którym ludzkość przestała chorować na katar i na raka, w związku z czym palenie papierosów znowu weszło na salony, w którym przytłaczająca większość przeszła, bo musiała, na wegetarianizm, w którym jednym z najistotniejszych utensyliów codzienności stał się podręczny aparat do analizy krwi, blogerzy (sic!) najważniejszą grupą w medialnym cyrku, a internet oknem na świat dla większości mieszkańców Ziemi. Dopracowana to wizja, wiarygodna, nie skąpiąca technicznych detali i naukowych uzasadnień. No a zombie? Są. Są śmiertelnie niebezpieczni, powstają z martwych, atakują, zarażają. Ale w tej powieści należą do marginaliów. Bo nie o makabryczne obrazki rodem z trzeciorzędnych horrorów tutaj chodzi.

Rok 2014 okazuje się przełomowy w dziejach ludzkości. Początkowo cały świat cieszy się z rewolucyjnych odkryć w dziedzinie wirologii, dzięki której udaje się całkowicie wyeliminować katar. Naukowcy nie wiedzą jednak, że wypuszczony wirus nie będzie błogosławieństwem dla świata, ale jego przekleństwem i zagładą. Zmutowany wirus Kellis-Amberlee już wkrótce noszą w sobie wszystkie żywe istoty, a aktywowany przez ponowny kontakt, powoduje, że człowiek i każdy ssak powyżej 25 kilogramów wagi ciała powstaje z martwych i zaczyna pożądać źródła białka, czyli żywego... mięsa. Trzydzieści lat później ludzkość nauczyła się z tym żyć. Ale inne jest to życie, niż znamy dziś.

Bohaterami powieści jest grupa blogerów, którzy mają towarzyszyć w kampanii wyborczej kandydującemu na prezydenta Stanów Zjednoczonych senatorowi Rymanowi (oczywiście z ramienia republikanów - i czy to przypadkowa zbieżność nazwisk?...). Autorka nie skąpi nam szczegółowych opisów ich blogerskiej egzystencji, nie szczędzi też osobliwego amerykańskiego patriotyzmu i wglądu w prawa, jaki rządzą się mechanizmy wielkiej polityki. Może to nasze europejskie oko nieco razić. Na szczęście nie brakuje też sensacyjnych plotów, kiedy okazuje się, że ktoś dybie na życie bezkompromisowych i kochających prawdę blogerów. Akcja znacznie przyspiesza w ostatniej tercji powieści, i to dobrze, bowiem jedną z największych słabości tej książki jest jej rozwlekłość i chorobliwa wręcz dbałość o szczegóły (nie liczyłam, ile razy główna blogerka Georgia Mason poddaje się drobiazbgowej kontroli antywirusowej, ale będzie tego trochę). W ogóle nad płynnością pisarka powinna trochę popracować, bo akcja toczy się bardzo nierówno, a czytelnik na zmianę przysypia i podryguje wstrząsany nagłymi zwrotami fabuły.

Nasuwają się dwa pytania - czy ta książka powinna była dostać nagrodę Hugo? I czy warto ją przeczytać? Nie i tak. Nie, bo mimo całej kompleksowości ciekawego świata Georgii Mason jest niedopracowana i przegadana (odchudzić ją, odchudzić!). Tak, bo stanowi oryginalną fuzję horroru i dobrze pomyślanej dystopii. Jeśli autorce uda się wyeliminować słabości pierwszego tomu, to czeka nas drugi smaczny kąsek w postaci kontynuacji "Deadline", która już jest w zapowiedziach w Niemczech. Pozostaje mieć nadzieję, że i polscy wydawcy sięgną po "Feed".


Moja ocena: 4/5.


PS. Okazuje się, że życzenia się czasem spełniają. Właśnie otrzymałam wiadomość, że powieść zostanie wydania w październiku przez wydawnictwo Sine Qua Non. I jak tu się nie cieszyć!

piątek, 3 lutego 2012

Olga Rudnicka "Natalii 5"


Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 19.04.2011
Liczba stron: 560
Cena: 29,90 zł

  
Mam dylemat. Książkę "Natalii 5" przeczytałam już parę miesięcy temu, choć właściwie "przeczytałam" to niezbyt właściwe słowo, zmęczyłam. No właśnie i tu ma korzenie moja rozterka, a nawet lekka konsternacja. No bo popatrzcie sobie po recenzjach. Wszystkie bez wyjątku pochlebne. Ba, jeśli wziąć za miarę ilość ochów i achów w sieci, to powieść urodzonej w 1988 roku pisarki, która ma już na swoim koncie parę książek, powinna być r e w e l a c y j n a. O rozrywce na wysokiem poziomie jest tam mowa, o zrywaniu boków ze śmiechu, o skrzących dowcipem dialogach, o perełce, antydepresancie. O lekkim piórze. Hm. Z tym ostatnim mogę się zgodzić. Ale wróćmy do mojego dylematu. No bo, parafrazując, jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Bardzo ładna fotka autorki - Olgi Rudnickiej

Akcja rozpoczyna się z grubej rury. Tak, wejście jest naprawdę niezłe - otóż pewien mężczyzna, chory na raka handlarz dziełami sztuki drobiazgowo planuje samobójstwo, porządkuje sprawy, spisuje testament, informuje nawet o swym zamiarze policję, która dotarłszy na miejsce, znajduje denata w zamkniętym od środka pokoju. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza, ale pewne detale psują spójny obraz domniemanego samobójstwa. Świetne zawiązanie akcji.

Druga odsłona - u notariusza, spotyka się pięć kobiet. Nie znają się, wiedzą jedynie, że zostały wezwane w sprawie spadku po ojcu. I nagle okazuje się, że z tatusia było niezłe ziółko - panie są bowiem siostrami, ojczulek był milionerem-bigamistą i każdej z córuń nie tylko dał na imię Natalia, ale i po milionie złotych, oraz opcję wspólnego zamieszkania w wielkiej willi gdzieś na zadupiu. No i rewelacja - sytuacja tak brzemienna w potencjalne konflikty, że sprawny pisarz powinien z miejsca zamienić zarzewie pomysłów w milionowy bestseller.
Powinien. Ale nie zamienił(a). Bo niestety, wyjątkowy potencjał tej powieści, świetna idea, zapoczątkowane interesujące wątki rozmyły się na ponad pięciuset stronach miałkich dialogów i dreptania w miejscu. Gdzie rozwinięcie tej kryminalnej zagadki, gdzie drobiazgowa praca śledczych, gdzie mozolne odgadywanie motywów, możliwości, faktów? Siostrunie skaczą tylko sobie do gardła, przeżywają katharsis po toksycznych związkach, rozpoczynają nowe życie, dyskutują, dokonują irracjonalnych poczynań. Kryminału niet. Jest psychologizująca, humorystyczna w zamyśle opowiastka dla kobiet (nie ubliżając kobietom, oczywiście). Trochę tu naśladownictwa Chmielewskiej, sporo potencjalnie zabawnych sytuacji, istotnie świetne, lekkie pióro (przyznaję rację), parę irytujących nieścisłości (to w końcu jak miał na imię tatuńcio - Jarosław czy Tadeusz?), rozczarowujące rozwikłanie zagadki kryminalnej. I już. Tak sobie pomyślałam, z trudem dobrnąwszy do ostatniej strony, że gdyby tę książkę odchudzić, przenieść środek ciężkości na motywy kryminalne i dopracować szczegóły, to wyszłaby naprawdę niezła powieść. Bo autorka naprawdę potrafi pisać. Tylko gubi się w zbyt długich i jałowych dialogach, niepotrzebnych scenach i wątkach. Ja tam się przy tej książce nie śmiałam. Ja się śmiertelnie nudziłam. A to o powieści kryminalnej dobrze nie świadczy. No i ta kiczowata okładka...
Moja ocena: 2/5 (gwiazdki za pomysł i lekkość pióra).

"Baza recenzji Syndykatu ZwB" 

czwartek, 2 lutego 2012

Szymborska tłumaczy Goethego

Dzisiejsza Süddetsche Zeitung informuje o śmierci poetki w krótkiej notce


Wisława Szymborska 1923-2012

Pewnie niewielu wie, że Poetka tłumaczyła też wiersze Goethego. Poniżej próbka jej umiejętności - popatrzcie, jak poradziła sobie z tym tekstem nasza noblistka. Okazuje się, że wcale nie musi być dosłownie...



 
Erlkönig
Johann Wolfgang von Goethe

Wer reitet so spät durch Nacht und Wind?
Es ist der Vater mit seinem Kind.
Er hat den Knaben wohl in dem Arm,
Er faßt ihn sicher, er hält ihn warm.

Mein Sohn, was birgst du so bang dein Gesicht?
Siehst Vater, du den Erlkönig nicht!
Den Erlenkönig mit Kron' und Schweif?
Mein Sohn, es ist ein Nebelstreif.


Du liebes Kind, komm geh' mit mir!
Gar schöne Spiele, spiel ich mit dir,
Manch bunte Blumen sind an dem Strand,
Meine Mutter hat manch gülden Gewand.


Mein Vater, mein Vater, und hörest du nicht,
Was Erlenkönig mir leise verspricht?
Sei ruhig, bleibe ruhig, mein Kind,
In dürren Blättern säuselt der Wind.


Willst feiner Knabe du mit mir geh'n?
Meine Töchter sollen dich warten schön,
Meine Töchter führen den nächtlichen Reihn
Und wiegen und tanzen und singen dich ein.


Mein Vater, mein Vater, und siehst du nicht dort
Erlkönigs Töchter am düsteren Ort?
Mein Sohn, mein Sohn, ich seh'es genau:
Es scheinen die alten Weiden so grau.


Ich lieb dich, mich reizt deine schöne Gestalt,
Und bist du nicht willig, so brauch ich Gewalt!
Mein Vater, mein Vater, jetzt faßt er mich an,
Erlkönig hat mir ein Leids getan.


Dem Vater grauset's, er reitet geschwind,
Er hält in den Armen das ächzende Kind,
Erreicht den Hof mit Mühe und Not,
In seinen Armen das Kind war tot.


Król olch
Przekład swobodny Wisławy Szymborskiej

Noc padła na las, las w mroku spał,
Ktoś nocą lasem na koniu gnał.
Tętniło echo wśród olch i brzóz,
Gdy ojciec syna do domu wiózł.

- Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak?
Tam ojcze, on, król olch, daje znak,
Ma płaszcz, koronę i biały tren.
- To mgła, mój synku, albo sen.

"Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las!
Wesoło będzie płynąć czas.
Przedziwne czary roztoczę w krąg,
Złotolitą chustkę dam ci do rąk".

- Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?
To król mnie wabi, to jego śpiew.
- To wiatr, mój synku, to wiatru głos,
Szeleści olcha i szumi wrzos.

"Gdy wejdziesz, chłopcze w ten głuchy las,
Ujrzysz me córki przy blasku gwiazd.
Moje córki nucąc pląsają na mchu,
A każda z mych córek piękniejsza od snu".

- Czy widzisz, mój ojcze, tam tańczą wśród drzew
Srebrne królewny, czy słyszysz ich śpiew?
- O, synku mój, to księżyc tak lśni,
To księżyc tańczy wśród czarnych pni.

"Pójdź do mnie, mój chłopcze, w głęboki las!
Ach, strzeż się, bo wołam już ostatni raz!"
- Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu,
Już w oczach mi ciemno i brak mi tchu. -

Więc ojciec syna w ramionach swych skrył
I konia ostrogą popędził co sił.
Nie wiedział, że syn skonał mu już
W tym głuchym lesie wśród olch i brzóz.
                                

środa, 1 lutego 2012

Timothée de Fombelle "Tobi" - recenzja Kamila



Wydawnictwo Znak
Rok wydania: 2008
Format: 155x238
Ilość stron: 304
Cena detaliczna: 29,00 zł

Tłumaczenie: Janina Błońska, Krzysztof Błoński


Dziś gościnnie mój starszy syn Kamil (12 lat) i jego recenzja książki "Tobi". Wprawdzie przeczytał, bo musiał (lektura szkolna), ale chyba nie było to aż takie straszne poświęcenie, bo po od razu zażyczył sobie drugiego tomu...  Przeczytajcie sami, jak powieść ocenia młodzież. Acha, recenzję jego brata Marcela znajdziecie tutaj.

Tobi Lolness żyje wraz ze swoimi rodzicami Simem i Maią, oraz resztą ludu na potężnym dębie. Ma zaledwie parę milimetrów wzrostu, jak każdy z ludzi i nie wie nic o świecie, który rozpościera się poza Drzewem. Wraz ze swym najlepszym przyjacielem Leo Blu tworzy nierozłączną parę. Ojciec Tobiego jest uczonym, naukowcem. Razem tworzą poważaną rodzinę i mieszkają w Górnych Gałęziach.
Pewnego dnia naukowiec dokonuje ważnego odkrycia: soki Drzewa mogą służyć jako napęd do maszyn. Nie zamierza jednak upubliczniać swego wynalazku, by chronić Drzewo. Wielu bowiem, między innymi tyran Jo Mitch, pragnie wykorzystać maszyny dla swych celów. Ale wtedy Drzewo wykrwawi się na śmierć, a ludzie stracą miejsce do życia. Postawa naukowca spotyka się z niezrozumieniem; za karę rodzina Lolness zostaje wygnana do Dolnych Gałęzi. Tobi musi opuścić przyjaciela i znany sobie świat, ale za to w Dolnych Gałęziach poznaje Eliszę, wspaniałą dziewczynę, z którą od razu się zaprzyjaźnia. 

Z czasem Tobi zaczyna się zadomawiać w nowym miejscu. Ale oto pewnego dnia posłaniec przynosi wiadomość: rodzina może wrócić do Górnych Gałęzi, ale pod warunkiem, że pogodzi się z władzą Jo Mitcha. Rodzina nie zgadza się na to. Parę dni później nadchodzi kolejna wiadomość: umiera matka Mai. Lolnessowie natychmiast udają się w podróż do Gónych Gałęzi.

Świat, który zastają, wygląda jednak zupełnie inaczej. Drzewo cierpi, eksploatowane, traci liście na górnych konarach. Ludzie też są nieszczęśliwi pod naciskiem brutalnej władzy Mitcha. Musza jednak dowiedzieć się, dlaczego umarła babcia Tobiego. Od notariusza dowiadują się, że na krótko przed śmiercią kupiła ona drogocenny Kamień Drzewa, który jest tak rzadki, że daje ogromną władzę temu, kto go posiada. Obawiając się kradzieży postanowiła kamień połknąć, jednak zakrztusiła się przy tym i udusiła. 
Rodzina wkrótce później wpada w pułapkę zastawioną przez ludzi Mitcha. Rodzice Tobiego dostają się do niewoli, on sam ucieka. Wraca do Eliszy, by razem z nią snuć plany o uwolnieniu rodziców... Czy mu się to uda, dowiecie się z powieści.

Książka nie tylko jest ciekawą opowieścią o dziwnym, innym świecie, ale niesie ze sobą ekologiczne przesłanie. Tak jak bohaterowie książki powinni chronić swoje Drzewo, tak i ludzkość powinna chronić swoją planetę, by za jakiś czas mieć w ogóle miejsce do życia.

Moja ocena: książka w miarę ciekawa, a świat pokazany przez autora jest fascynujący i wiarygodny. Większość fabuły jest wciągająca, tylko miejscami wiało nudą, gdy autor rozpisywał się o przeszłości. Mimo to chętnie przeczytam drugi tom. (Książkę czytałem po niemiecku, więc nie wiem, czy się zgadza słownictwo, z tymi Górnymi i Dolnymi Gałęźmi).

Daję tej książce 3,5 gwiazdki (na 5 możliwych).

Kamil (12 lat)